Tu i Teraz
– dać Boga innym


ADWENT 2020

Adwentowa przygoda tego roku, ma nas przeprowadzić przez bardzo konkretną drogę. Chcę wam przedstawiać historie różnych osób, które przedstawią wam konkretną historię ze swojego życia, w której obdarowali kogoś dobrem.  Właśnie wtedy, idąc za myślą Matki Teresy z Kalkuty, można stwierdzić, że „wtedy jest Boże narodzenie”.


27

25.12.2020

(27) Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg pokochał innych przez ciebie….

Stacja Poznań Dębiec, późny listopadowy wieczór. Mroczno, dziwnie… do domu daleko. Wracałam z uczelni, pętla tramwajowa w remoncie, stojąc zatem na peronie, głodna jak wilk wgryzłam się w drożdżową chałkę. Po chwili podszedł do mnie wysoki, mocno zbudowany, lecz zaniedbany mężczyzna… jeden z wielu z tzw. trzeciej zmiany…

– Da mi Pani kawałek? Głodny jestem.

Serce mocniej zaczęło mi bić. Stwierdziłam jednak, że bezpieczniej będzie, jeśli Pana nie zignoruję. To jego rewir, nie mój. Z wymuszonym serdecznym głosem, powiedziałam:

– Tak, proszę. Niech Pan weźmie. Ja już się najadłam – dałam całość bo myślałam, że sobie odejdzie. Pan nie odszedł. Stał, jadł i taksował mnie wzrokiem. Bogu dziękowałam, że wyglądałam wówczas mało kobieco – glany, wielka kurtka, czarne dżinsy z wyjątkiem długiego warkocza…

– Masz ładne włosy, wiesz? No i ładna jesteś ….

Dziękuję – wydusiłam ze ściśniętego strachem gardła.

– Wiesz, bo tak naprawdę to szukam żony. Wyszedłem z Wronek i chcę się ustatkować…. (O Matko Święta, miej mnie w swojej opiece!)

Rozumiem – wydukałam.

– Bo do gazety mam pisać ogłoszenie? Chyba lepiej podejść i zagadać. Z gazety to jakieś ladaco może się trafić…. 25 lat siedziałem, trudno mi….

Faktycznie, z ogłoszeń różne osoby mogą się trafić… lepiej podejść i porozmawiać.

– A Ty z pracy wracasz? Bo wiesz, ja pracy jeszcze nie mam, ale brat ma mieszkanie i tam z nim mieszkam, a mój brat tam stoi… – wskazał na grupkę mężczyzn, wgryzając się w chałkę.

W tym momencie czułam, że może być niebezpiecznie…. Gdzie mam iść? Nigdzie nie ucieknę. Przecież jeszcze muszę zdążyć na kolejny pociąg do domu. Milion myśli. Wtem pojawiły się światła nadjeżdżającej lokomotywy…. Dzięki Bogu!

Wie Pan, to mój pociąg. Muszę już jechać. Życzę Panu powodzenia.

– No tak. To dziękuję za jedzenie i że ze mną porozmawiałaś. Wiesz, inne by sobie poszły. Są jednak dobre kobiety na tym świecie, może mi się uda taką poznać, bo Ty pewnie masz już chłopaka?

Tak, mam – odpowiedziałam zdawkowo. Pociąg zatrzymał się. – Dobranoc Panu.

– Dobranoc dobra kobieto. Dziękuję. Dziękuję bardzo!

Uśmiechnął się najserdeczniej jak potrafił…. Z tą chałką w niepełnym uzębieniu… Stojąc już w wagonie, uśmiechnęłam się również mówiąc z przekonaniem: Powodzenia! Och gdybyś Ty Mężczyzno wiedział, co się we mnie działo w środku….

(28) Wigilijna, ciemna noc. Wracam z Mamą z Pasterki. Śnieg pięknie pokrył cały świat i zaczęło mrozić. Co za radość! Cudowny czas w kościele, piękny krajobraz lasów, pól, jeziora…. Mroźny, orzeźwiający lecz przenikający chłód.. a za chwilę gorąca herbata i przytulne, ciepłe łóżko. Wjeżdżamy na naszą ulicę, a tuż przed naszym domem, na środku drogi człowiek… brodzący w śniegu na kolanach… Och to nasz miejscowy Tadziu… co z nim zrobić? W pobliskich domach światła już pogaszone. Kto nam  – kobietom – pomoże? Podeszłam do niego. Solidny odór alkoholowy otaczał go całego. Nie dam rady go postawić do pionu. Nakierowałam go na chodnik, aby tam po czterech sobie „szedł” – bezpieczniej niż na drodze. W tym czasie poszłam po prostu do jego rodzinnego domu. Trudno, obudzę śpiących sąsiadów, lecz nie zostawię go samego na dworze. Zamarznie jak nic. Po niemal kilkunastu minutach, wracałam do Pana Tadzia z dwoma mężczyznami. Zgarnęli chłopinę pod ramiona i zaprowadzili do domu. Szłam za nimi, aby mieć pewność, że na pewno trafi do domu. Powitały go gromkie słowa jego siostry:

– Ty cholero, co ludziom święta psujesz?

Wcale nie psuje świąt Pani Aniu. On też, na swój sposób świętował, lecz został sam, bez kolegów i to jest najbardziej przykre. Teraz jest już bezpieczny, prawda?

– Dziękuję – odrzekła już spokojniejszym tonem. – Co ja mam z nim zrobić?

Mieć ogrom cierpliwości i …. przebrać go w suche rzeczy.

– A no tak…. To już chłopaki zrobią, a ja pomodlę się z tę cholerę, może się opamięta! – i tym razem „cholera” w jej ustach brzmiała już bardziej czule.

Wróciłam do domu. Kubek gorącej herbaty już stał na stole …. – Och Ty moja święta Teresko – usłyszałam od Mamy, która przytuliła mnie serdecznie.

26

24.12.2020

Dzisiaj wyjątkowy dzień, wigilia! Dla mnie to piękny czas, który można spędzić z rodziną – najmłodsi wpatrując się w okno na wyczekiwaną pierwszą gwiazdkę, ja w tym czasie staram się pomóc mojej mamie, która wariuje od tej całej pracy w kuchni. Ale cofnijmy się kilka dni i opowiem wam o pewnej samotnej osobie. U mnie na wiosce mieszkała Pani, która nie miała rodziny, przyjaciół, była samotna. Zawsze ją uwielbiałam, jak każde dziecko z wioski. Śpiewała kolędy oraz różne piękne stare kołysanki. Pani miała 95 lat i straciła męża na wojnie, została sama. Było mi jej żal. Co roku, w ten piękny czas, była skazana na samotność. Więc, w te święta stwierdziłam, że te jedno puste nakrycie, w końcu się przyda i uszczęśliwi starszą Panią. Przez te kilka dni chodziłam po sklepach i szukałam odpowiedniego prezentu. W końcu zdecydowałam się wraz z mama, na nowe grube rękawiczki i piękny kolorowy szal. Teraz kiedy znacie piękna starszą Panią, która będzie z nami w dniu wigilii przejdźmy do tego 24 grudnia. Wszystko już prawie gotowe! Aż w końcu najmłodsze osoby w rodzinie poinformowały o pierwszej gwiazdce na niebie, więc wszyscy usiedliśmy do stołu po czym, w domu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi… Pobiegłam szybko otworzyć, to była ta starsza Pani. Bardzo się ucieszyłam, że przyszła do nas. Usiadła z nami, zjedliśmy kolację no i przyszedł czas na prezenty, Pani patrzyła się z ogromnym uśmiechem na nasze wielkie szczęście. Kiedy wszyscy dostali prezenty, został tylko jeden, nikt nie wiedział dla kogo on jest. Tylko ja i moja mama. Wstałam, wzięłam go do ręki i podałam starszej Pani, życząc jej dużo zdrowia i pięknego uśmiechu. Kiedy go otworzyła, z ogromnym uśmiechem i łzami w oczach, podziękowała za taki piękny prezent. Resztę wieczoru spędziliśmy razem śpiewając kolędy ze starszą Panią. To była najpiękniejsza wigilia w moim życiu. Pamiętajmy, że na tym świecie, a nawet obok nas, nasz sąsiad, sąsiadka, mogą być samotni… Więc warto uszczęśliwić jakąś osobę, w ten wyjątkowy czas.

25

23.12.2020

Ostatnio pomogłam mojej koleżance poradzić sobie z problemami. Lubię pomagać osobom bliskim, a ona miała poważne problemy z psychiką. Była w bardzo złym stanie. Nie radziła sobie ze swoimi problemami. Najpierw postarałam się ją wyciągnąć do kina i na miaso, żeby nie myślał o swoich problemach tak dużo. Poradziłam jej, żeby udała się do psychologa, dla siebie i dla swojego zdrowia. Pocieszałam ją, jak mogłam. Byłam przy niej, kiedy mnie potrzebowała. Pomogłam jej trochę otworzyć się na świat. Otworzył się nieco i już nie była taka zamknięta w obie. Powoli, ale idzie do przodu. Cieszyłam się, że mogłam jej pomóc, chociaż trochę.

24

22.12.2020

Pewnego dnia chodząc do szkoły jak normalna dziewczyna ucząc się bardzo dobrze przyszła do mnie pani dyrektor z bardzo super wiadomością. Oznajmiła mi że moja wychowawczyni złożyła pismo o stypendium naukowe dla mnie za wysoką średnią i za ciężką pracę. Był to dla mnie wielki szok, nie mogłam w to uwierzyć. Szczerze mówiąc, nie dowierzałam, ale byłam bardzo szczęśliwa, że to właśnie ja zostałam doceniona za ciężką pracę. Właśnie wtedy zrozumiałam, że dążenie do celu jest ważne w życiu. Oczywiście podziękowałam nauczycielce. Moim zdaniem warto stawiać sobie cele, poprzeczki wyżej i po prostu dążyć do realizacji tego.

23

21.12.2020

Był sobie poranek ja leżałam w salonie pod kocykiem nagle usłyszałam pukanie do drzwi i sobie pomyślałam no nie, nie chce mi się wstawać jakąś chwile później usłyszałam drapanie… Barry! Mój biedny malutki piesek był na zimnym dworze więc postanowiłam wstać (choć to było trudne zadanie) i mu otworzyć drzwi a on taki szczęśliwy i cały zimny wzięłam go na raczki i powędrowałam do salonu położyłam go na kanapie i dałam mu szyneczkę (bo mamy w domu nie było). Wiec ja i Barruś poleżeliśmy tak z dobrą godzinkę i sobie pomyślałam, że fajnie by było mamce pomóc ogarnąć w domku. Jakieś 2 godzinki później jak był dół cały ogarnięty wróciła mama i była zadowolona (i nie zauważyła że ja i piesek byliśmy w salonie).

22

20.12.2020

Od rana piękna, słoneczna pogoda. Idealny dzień na imprezę w plenerze. Wyprasowana, zwiewna sukienka już od rana wisi na wieszaku, delikatne sandałki stoją tuż obok. Niech tylko mąż wróci z pracy, zjemy lekki obiad i pojedziemy na Klasowy Zjazd – 20 lat minęło od naszej matury. Co za emocje! Jak ten czas się dłuży…

Nastał ten moment. „Wygalantowani” i odświeżeni wsiadamy do auta i ruszamy na spotkanie naszych klasowych Kolegów i Koleżanek. Wyciągnęłam los: będę kierowcą. Bywa i tak ;)

Kierując się na zachód, zobaczyliśmy na horyzoncie ciemne chmury. No, nie. Proszę niech nie pada. Nie dzisiaj! Poza tym trasa była mi trochę obca. Kilkanaście kilometrów dalej zerwał się silny wiatr i jak na przyspieszonym filmie przygnał burzowe chmury. Nagle zrobiło się ciemno i wjechaliśmy w ścianę deszczu. Zwolniłam. Och jak dobrze, że jedziemy dużym autem. Slalom za slalomem, wąska droga, strome pobocza, wycieraczki na najszybszej prędkości. Nagle na drugim pasie „coś” minęłam. – Zatrzymaj się – usłyszałam od męża – zawodowego strażaka, u którego czujność jest zawsze na pierwszym miejscu.  – Tam potrzebują pomocy. Człowiek pchał auto. Pomogę! Decyzję podjął w kilka sekund, nie patrząc na paskudną pogodę wyskoczył z auta. Włączyłam awaryjne. Szybka ocena mojego położenia – no kiepsko…. Zakręt i górka za mną i przede mną, pobocza ogrodzone barierkami, stoję w dolinie… Stwarzam zagrożenie dla siebie i tych co pojadą za mną. Ruszyłam i nagle…. Coś dużego leżało na w poprzek mojego pasa… O nie! Drzewo? Konar? Muszę coś z nią zrobić…. Ponownie awaryjne i …. wyjście z suchego auta w ścianę deszczu i porywistego wiatru…w tej letniej sukience i sandałkach… chwyciłam oburącz kawał ogromnej gałęzi i zaciągnęłam na pobocze. Niestety była tak rozłożysta, że pozostawienie jej na poboczu nic by nie dało. Tarmosząc się z nią, koniec końców przerzuciłam przez barierkę. W tym czasie z jednej i z drugiej strony nadjechały ciężarowe auta, włączając światła awaryjne. Pokazałam ręką, że wszystko jest naprawdę ok, wsiadłam do auta i ruszyłam. Zatrzymałam się jednak w najbliższej zatoczce autobusowej, zawróciłam…bo przecież mąż pomagał tamtym osobom i wypadałoby go zabrać w dalszą podróż. Również stał na przystanku autobusowym, przemoknięty do suchej nitki…

Wsiadł do auta. Nasze spojrzenia, szybki skan stanu naszych ubrań, włosów, buzi i…. śmiech, śmialiśmy się z siebie nawzajem. Opowiadając sobie minione wydarzenia, ruszyliśmy dalej – przecież po drodze wyschniemy. Okazało się, że pan, który pchał auto wjechał w tak ogromną kałużę, że momentalnie zalało mu silnik w Cinquecento i koniec jazdy. Jechał z żoną na rodzinnego grilla. Pan zwątpił już w jakąkolwiek pomoc, a patrząc na górę, pod którą musiałby sam wpychać auto, był już kompletnie załamany i bezsilny. Pozbawiony nadziei. Gdy zobaczył mojego męża, słowom podziękowań nie było końca. We dwoje dali radę.

Może to zatrzymanie się, aby pomóc rodzinie z Cinquecento, uchroniło nas od spadającej w tym czasie z drzewa grubej, rozłożystej gałęzi? Nie wiem, być może. Wiem tylko, że prawdziwe niesienie pomocy innym to spontaniczny odruch serca.

21

19.12.2020

15 sierpnia – wyjazd na rodzinne wakacje. Jak zwykle w sierpniu, jedziemy nad morze, bo tak lubimy, bo woda cieplejsza w Bałtyku, bo mamy swoje ulubione miejsce. Tego dnia pogoda była plażowa, a więc po rozpakowaniu szybko ruszamy na plażę. Parawan, koc i zabawki do piasku i pełen luz wakacyjny. Dzieciaki ruszają do zabawy w piasku. Po jakimś czasie syn przybiega i mówi: mama zobacz, co znalazłem, chcesz, to sobie weź. Patrzę, a to medalik z Matką Boską. Pytam syna, czy nikt go nie szukał, a on, że był głęboko zakopany w piasku. Schowałam medalik i poszliśmy wieczorem na mszę polową. Wtedy się specjalnie nie zastanawiałam, ale teraz wiem, że „wszystkim rządzi opatrzność Boża, nie ma w życiu przypadków”.

20

18.12.2020

Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei „więźniom”, tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego, moralnego i duchowego ubóstwa, jest Boże Narodzenie.

Wracamy autem z moim małym Przedszkolakiem do domu. Gra muzyka, śmiejemy się i opowiadamy historie. Nagle z pobocza na drogę wyskakuje mężczyzna o ciemnej karnacji. Macha rękoma w taki sposób jakby potrzebował pomocy, tu i teraz. Zrobiłam dosyć mocny manewr aby go nie rozjechać. Nie mogłam jednak jechać dalej, bo a nuż coś się stało? Nie zna polskiego? Poczułam litość. Na rondzie zawróciłam wyjaśniając czterolatkowi, że pomożemy ludziom w potrzebie. Akcja rozgrywała się na trasie wojewódzkiej, więc zaparkowałam do nich równolegle. Pan natychmiast podbiegł do mojego auta i zaczął: Help! Help! No to jak słyszysz „Pomocy!” no to automatycznie włącza się w Tobie chęć jej udzielenia. Znajomość angielskiego okazała się w tym momencie zbawienna. Pan zaczął opowiadać, że z kolegą są w podróży służbowej i nie mają paliwa i ….. nie mają karty kredytowej bo szef im jej nie dał… i proszę kup nam paliwo a damy Ci nasze złote obrączki… w tym momencie włączyła się „lampka ostrzegawcza”. Czarne, duże auto, dwóch panów w złotych łańcuchach na szyi i rękach i mówią, że szef nie dał im pieniędzy na zagraniczną podróż? Serce miałam już w gardle. Myśl o tym, że „dałam się podejść” i że w aucie mam dziecko, dała mi hasło: Ratuj się Kobieto jak tylko możesz najprędzej.

Powiedziałam w końcu: „OK. Pomogę, jedźcie za mną”. Dałam im nadzieję. Miałam jednak inny plan. Ruszyłam spokojnie swoim Punto Multijet, jechałam bardzo przepisowo i wolno. Oni spokojnie za mną. Gdy włączyłam kierunkowskaz, że skręcam na stację paliw, oni też to zrobili. W tym momencie robiąc lekki łuk, wskoczyłam na szósty bieg i na pełnej petardzie jechałam trasą przed siebie. Pierwszy raz w życiu Bogu dziękowałam za autko, które rozwinęło prędkość do 170 km/h. Synek nieświadomy tego co się dzieje, cieszył się z mamy rajdowca, a ja patrzyłam ze strachem w lusterka czy jadą za mną czy zostali na stacji paliw.

Chciałam pomóc, a zostałabym oszukana, bo po kilku dniach dowiedziałam się, że miałam styczność ze szajką oszustów. Może dzięki tej historii i ściągnięcia tych oszustów z trasy, uchroniłam inne osoby, które w swej dobroci serca chciałyby im również pomóc, a nie znając angielskiego tylko widząc złote łańcuchy i obrączki dałyby się nabrać na „lepszy” zysk? Pomagajmy, lecz bądźmy czujni.

19

17.12.2020

Pewnego dnia wracając ze szkoły, czekając na autobus, zauważyłam, że starsza pani chodzi i szuka w śmietnikach. Widząc to, podeszłam i zapytałem się, czy czegoś nie potrzebuje, a ona odpowiedziała mi, ze łzami w oczach, że szuka resztek jedzenia, jest jej wstyd przyznać się, że nie ma pieniędzy na jedzenie. Zrobiło mi się żal tej pani, wiedząc, że mam w jej wieku babcię i dziadka. Weszłam do najbliższego sklepu i zrobiłam zakupy. Starsza pani, podziękowała mi serdecznie, a w oczach wciąż miała łzy. Dla mnie to był mały gest, a dla niej duży dar.

18

16.12.2020

Prosiłeś o niewiele. O świadectwo. Przecież to chwila, moment, potrzebna wyrwa w czasie na zapisanie krótkiej historii. Zadanie o tyle prostsze, że ma być to moja historia. Wśród wielu innych – zadanie marzenie…

A jednak  niekoniecznie… Wszystko co ostatnio się wydarza rzuca cień na piękne wspomnienia. Dążenie do nieosiągalnego to wielka pułapka, w której wszystko co zwyczajne proste – PIĘKNE – wygląda mało atrakcyjnie…

Ale do meritum.  Moja historia jest pewnie i Waszą historią, bo prosta i zwyczajna… Ale tam właśnie zadziało się Boże Narodzenie…

Jestem standardową mamą i żoną, pracującą, aktywną społecznie – teraz chwilowo przez sytuację bardziej wyciszoną niż aktywną społecznie – ale rysopis ogólny tak wygląda… Staram się być tam, gdzie jest taka potrzeba – nie dlatego, że to fajnie w CV wpisać, albo że to takie w trendach. Po prostu – tak już jest i to ani chluba ani ujma. Na tyle wszędzie starałam się być,  że w pewnym momencie byłam wszędzie poza domem. Moja historia nie jest o mnie. Jest o moim synu. Drugi ma aktualnie 5 lat i jest indywidualistą. Nie bardzo mu jesteśmy potrzebni do podejmowania decyzji. Sam wie wszystko, jak czegoś nie jest pewien to dopytuje, ale ogólnie charakter taki odrobinę introwertyczny… Gdy w nerwowym czasie w pracy stwarzam niewiele możliwości na zabawę z dziećmi, one spokojnie (bądź niekiedy wyraźnie) dają mi czas na to, żebym dokończyła to co muszę. Raz jednak Drugi pociągnął mnie za rękę, ściągnął ku parterowi – ma siłę chłopak, złapał moją twarz w swoje małe, ciepłe rączki, spojrzał głęboko w oczy i wypowiedział słowa, które zawsze słyszę, gdy zaczynam zbyt mocno pędzić – Mamo, my tam czekamy. Chodź do nas. Będzie fajnie. Wtedy zadziało się Boże Narodzenie a mój syn wyłowił mnie wtedy z ogromnej studni koniecznych obowiązków, takich które trzeba teraz już – dając tym samym czas i siebie.  Nie, nie zrezygnowałam z pracy, nadal gonię za obowiązkami. Ale staram się każdego dnia choćby przez chwilę spojrzeć w oczy swoim najbliższym, pobyć z nimi, dzielić się wzajemnie  radościami i smutkami.

17

15.12.2020

Dobro nie musi być czymś materialnym. Bo jest z nim tak jak w przypowieści o wdowim groszu – czyniąc dobro zawsze musimy coś stracić, coś ważnego dla nas. Nie zawsze musi być to pieniądz i coś co nam zbywa. Przekonuję się o tym na każdym kroku. Mieszkam wraz z 86 letnim dziadkiem. Szczególnie teraz gdy staramy się, by dziadek nie narażał się na koronawirusa, a wszelkie programy telewizyjne się już przejadły, dziadek zwyczajnie się nudzi. Lubię wtedy pójść do Jego pokoju wraz z kawusią i ciachem i zwyczajnie z nim porozmawiać lub wysłuchać opowiadań o życiu dziadka w czasie II WŚ. Nic mnie tak nie podnosi na duchu jak radość dziadka i uśmiech na Jego twarzy. Dla tego uśmiechu mogłabym wypić litry kawy i herbaty. Wiem, że rozmowy z dziadkiem i moje pytania z prośbą o szczegóły któregoś z wątków, sprawiają, że czuje się potrzebny i nie zastąpiony przez telefon czy laptop. Wiem, że dziadek czeka aż skończę lekcje i wynurzę się zza ekranu komputera by poopowiadać co dzisiaj miałam na historii i poznać odrobinę mojego świata. W taki sposób ja zaczynam rozumieć Jego a On mnie. Ten czas, który mogłabym wykorzystać na wiele innych, różnych sposobów nie byłby tak dobrze spożytkowany. I mimo że, na pogawędki tracę kilkadziesiąt minut, to zyskuję o wile więcej. Zyskuję radość ważnej dla mnie osoby i wzmacniam rodzinne więzi, które są dla mnie niezwykle ważne. DOBRO nigdy nie jest jednostronne, zawsze do nas wróci i sprawi, że nasze życie będzie piękniejsze.

16

14.12.2020

Miałam kiedyś koleżankę taką ze szkolnych lat, przyjaźniłyśmy się od dziecka przez długie lata. Była to osoba wierząca, chodziłyśmy razem do klasy, razem ze wszystkimi przyjęliśmy Pierwszą Komunię Św. , potem Bierzmowanie. W młodości nawet czasem jej zazdrościłam bo ona jechała na Kalwarię ja nie, ona pojechała jak był Papież w Polsce ja nie. Chodziła do kościoła do spowiedzi, ale kilkanaście lat temu zachorowała na raka, ta choroba trwała jakieś dziesięć lat. Mimo iż chorowała starała się jakoś żyć i pracować do końca prawie. Ale przyszedł taki moment że zaczęła się załamywać, zadawała sobie pytania dlaczego ona jest tak chora, gdzie jest Bóg. Jej wiara słabła, było że nie szła do spowiedzi ponad rok, potem miała opory obawę. Kiedyś nawet poprosiła mnie chodź ze mną do twojego kościoła poszłabym do spowiedzi. Poszłam z nią, wchodząc zobaczyłam znajomego Ojca siedzącego w konfesjonale, u którego nie raz się spowiadałam, mówię idź do niego a zobaczysz że warto. Po modlitwie po chwili poszła do tej spowiedzi i wyszła taka zadowolona, cała w skowronkach. A ja tak się ucieszyłam że ona się wyspowiadała, że jest taka szczęśliwa. Byłam z nią wtedy bo traktowałam ją jak siostrę, bo bardzo chciałam by poszła do spowiedzi, by pogodziła się z Panem Bogiem. Nie wiem jak długo trwało, że chodziła do kościoła do spowiedzi. Kiedy kilka dobrych lat temu ja zaczęłam szukać czegoś więcej w swojej wierze, chciałam ją pogłębić i znalazłam taką małą wspólnotę przy naszym kościele. Zaczęłam chodzić na spotkania, a kiedy przychodziłam w niedzielę w odwiedziny do mojej koleżanki zaczęłam o tym mówić. Mówiłam o moich poszukiwaniach o mojej nowej wspólnocie. Zauważyłam, że kiedy mówię o Bogu, wspominam o kościele, że coś będzie, jakieś wydarzenie, to było zwyczajne słowo o czymś, zaczynał pojawiać się atak z jej strony na mnie. I tak było za każdym razem ile razy wspomniałam o Bogu wspólnocie pojawiał się atak i złośliwe słowa, które czasami mnie bolały. Zadawałam sobie pytanie skąd ten atak na mnie taki mocny z jej strony, krytyka, cięte słowa, że chwilami miałam ochotę, że nie będę do niej chodzić. Kiedyś na spowiedzi nawet usłyszałam słowa po co ci taka koleżanka. Ja jednak walczyłam z moimi myślami czasem z moją złością ale nie zostawiłam mojej koleżanki, chodziłam do niej w odwiedziny co tydzień, znosząc czasem nie zawsze miłe słowa, bo wiedziałam że w ona jest dobrym człowiekiem tylko się pogubiła przez tą chorobę. Nie raz zagadywałam o Bogu, myślałam że da się namówić by znowu poszła do spowiedzi by pojednała się z Panem Bogiem, to był coraz cięższy temat. Moja koleżanka zmarła w najmniej oczekiwanym momencie. Rozmawiałam z nią dzień przed kolejną operacją, podtrzymywałam ją na duchu, byłam z nią, miałyśmy się zobaczyć jak wróci do domu. Nie wróciła już to był szok dla wszystkich. Modlę się za nią do dziś, próbowałam przybliżyć jej Boga ile mogłam, byłam z nią do końca, mimo iż była to chwilami trudna przyjaźń, była jednak moją koleżanką, przyjaciółką od serca przez lata, nie mogłam jej zostawić. Cieszę się że byłam z nią do końca.

15

13.12.2020

Dawać Boga innym brzmi pięknie. Żeby dać najpierw muszę coś mieć. Żeby dać Boga muszę być Nim przepełniona, musze zaczerpnąć miłość od Niego, aby później tą miłością się podzielić. Gdy patrzę na moje życie i próbuję przypomnieć sobie sytuacje, w których Bóg kochał innych przeze mnie, trudno mi wybrać jedną wyjątkową, gdyż każda historia spotkania człowieka była jedyna, niepowtarzalna. Zawsze ilekroć doświadczyłam w swoim życiu Bożej miłości, pojawiało się w moim sercu pragnienie, aby tą miłością się podzielić. Czasem był to uśmiech, czasem pomocna dłoń, czasem zwykłe bycie przy kimś. Takim pięknym czasem w moim życiu był wolontariat wśród dzieci niepełnosprawnych. Dając dzieciom tak jak potrafiłam swoją radość, miłość, czas i obecność, z czasem odkrywałam, że to ja jestem obdarowywana, że Bóg daje mi siebie i rodzi się w moim sercu poprzez te dzieci, przez ich uśmiechy, poprzez ich bezinteresowną i czystą miłość. Kiedyś miałam też taką sytuację, gdy wracałam z Gniezna do Poznania i przy dworcu głównym w Poznaniu, siedziała kobieta na ziemi, popłakałam się gdy przechodziłam. Było zimno prosiłam Boga, abym jakoś, na ile to możliwe, mogła jej pomóc. Poszłam do McDonalda, kupiłam jej gorącą kawę, aby się rozgrzała i coś do jedzenia. Jej wdzięczność była tak szczera, że mnie rozczuliła. Obdarowała mnie najpiękniejszym uśmiechem… Bóg przez nią, przyszedł do mego serca… Czasem mam natchnienie, aby zrobić komuś prezent, tak po prostu, bo tak dyktuje mi serce i przez to Bóg rodzi się w sercu osoby obdarowanej i też w moim… Ostatnio zadzwoniłam do przyjaciółki, że jutro będzie miała prezent, gdy później widziałam jej radość którą nawet podzieliła się na fb to moje serce też się radowało… Wiele było i nadal jest sytuacji, poprzez które Bóg działa o ile ja otwieram sie na to działanie. Bóg rodzi się ilekroć otworzę swoje serce i potrafię przyjąć człowieka takim jaki jest…

14

12.12.2020

Szczęść Boże! Dawny kolega ze szkoły średniej, z którym nie widziałem się prawie 30 lat, ale o którym wiedzieliśmy z naszą starą klasą, że zmaga się z nowotworem mózgu, wysłał 3 tygodnie temu wiadomość, że badania wskazują na kolejną zwiększoną aktywność rosnącego znów guza. Treść brzmiała trochę jak list pożegnalny, pisał, że nie ma już siły dalej walczyć. Skrzyknęliśmy się z trójką kolegów i następnego dnia pojechaliśmy go odwiedzić. Zrobiliśmy mu tym wielką niespodziankę, pożartowaliśmy, powspominaliśmy, ale i założyliśmy pewne plany na podjęcie z nim wspólnej walki i pomoc. Dziękował nam potem bardzo za to spotkanie po latach, za danie nadziei i poczucia bycia razem. Utrzymuję z nim teraz kontakt telefoniczny i mailowy, dzielimy się swoimi doświadczeniami i świadectwami, bo okazało się, że jego trudne przeżycia bardzo go do Boga zbliżyły. Myślę, że po latach spotkaliśmy w sobie nawzajem Jezusa… Pozdrawiam serdecznie!

13

11.12.2020

Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać, jest Boże Narodzenie. Można zamilknąć na wiele sposobów, by kogoś wysłuchać. Nie tylko tak dosłownie, ale zawsze, ilekroć zapominamy o samym sobie, o swoim egoizmie, o swoim JA na pierwszym miejscu na rzecz drugiego człowieka, dzieją się cuda. Niektóre rzeczy pozornie przez nas najmniejsze są tak cenne w oczach drugiego człowieka. Czy możesz się zatrzymać choć na chwilę w pędzie swojego życia, by sekundę z niego poświecić tym, których nie znasz, tym którzy może zanudzą Cię swoją historią, lub przytłoczą bólem codzienności? Poznałam kiedyś starszą Panią. Zauważyłam ją z okna, gdy ledwo szła o kulach, ciągnąc za sobą ogromną torbę z jabłkami, które wydawano z Caritasu. Jakiś wewnętrzny głos nie pozwolił mi pozostać w domu bezczynnie i wyszłam do niej, aby pomóc. Okazało się, że starsza Pani była przeszczęśliwa z okazanej pomocy i tak zaczęła się nasza relacja, która nie była prosta. Staruszka była cudownym człowiekiem, ale niestety bardzo schorowanym, ubogim i opuszczonym. Nieraz wiele wysiłku kosztowała mnie pomoc i towarzyszenie jej w ogromnym cierpieniu. Niedawno Pani ta zmarła i może się wydawać, że wiele jej dałam, że umilkłam na wiele momentów, zapominając o sobie,  a jednak to Ona swoim uśmiechem, życzliwością, pokorą dała mi tak wiele, że teraz bardzo mi jej brakuje. Czasem więc, kiedy dasz umilknąć swojemu JA, możesz zyskać o wiele więcej, niż pozornie straciłeś.

12

10.12.2020

Zastanawiałam się jaką historie opisać i wybrałam tą ponieważ mimo, że to był maj, to było Boże Narodzenie. W maju zmarł mąż mojej siostry. Bardzo to przeżyła, ale miała też inne rozterki, bała się spowiedzi, mówiła o wstydzie – to był jej drugi mąż. Codziennie rozmawiałyśmy. Prosiłam żeby modliła się na różańcu i odmawiała Koronkę do Bożego Miłosierdzia, bo modlitwa pomaga, dodaje sił i uspokaja. Poprosiłam siostrę, żeby poszła do spowiedzi, a BOŻE NARODZENIE wydarzyło się wtedy gdy w dzień pogrzebu, zobaczyłam swoją siostrę przystępującą do KOMUNII ŚW.

11

9.12.2020

„Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata i wyciągasz do niego ręce, jest Boże Narodzenie.” Tak niewiele trzeba, by podarować siebie… Lubię przechadzać się ulicami miasta, przyglądać się ludziom i uśmiechać? Różne sytuacje mi towarzyszą… Zdarza się, że podejdzie starsza pani  i zapyta: „Czy mogę przytulić? Dziękuję mój aniołku”. Albo brodaty dziadek powie: „Dzień Dobry! Teraz przez pandemie nie śpiewacie i nie gracie w kościele, ale zawsze słuchałem”. Uliczny Grajek – zawsze  pozdrowimy się  spojrzeniem. Dziecko  biegnące, oglądające moje kule i machające rączką: Pa Pa! Zdarzyło mi się kiedyś zbierać w kościele do puszek ofiarę na jakiś cel. Już prawie pusto, księża wychodzą. A ja, wciąż stoję i cierpliwie czekam, aż mała rączka wrzuci swojego pieniążka. Widziałam jak ważne dla małej  jest, by zrobić to samemu. Mama dziecka już się niecierpliwiła, ale widziała, że dla nikogo nie jest problem poczekać chwilę. Gdy w końcu dziewczynka już  wrzuciła swój dar. Na twarzach wszystkich pojawił się uśmiech i radość! Niewinny gest wzruszył każdego z nas . A szczęście małej istotki – nieocenione!

10

8.12.2020

Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata i wyciągasz do niego ręce, jest Boże Narodzenie….

Ta szorstka w relacjach, a o gołębim sercu Kobieta znała mnie od dziecka. To ona wraz z mężem pomagali mojej mamie, gdy została wdową. Przez wiele lat, jako dziecko czułam do niej wdzięczność i dystans zarazem. Proszenie o pomoc uwłaczałoby jej godności. Mimo mrozów, śniegu, deszczu czy wichury niemal dzień w dzień pokonywała blisko 2 km z ciężkimi zakupami z przystanku autobusowego. Tradycyjne siatki, z biegiem czasu zamieniła na torbę na kółeczkach, dawała radę, a co! Szła zawsze sama. I jak takiej Kobiecie, która miała wręcz groźny wyraz twarzy, pomóc? Później dopiero dowiedziałam się, że to wcale nie był „groźny wyraz twarzy”, a grymas zmęczenia, bólu, to były zmrużone oczy, które widziały coraz mniej i mniej…. Niestrudzona, niezłomna, uparta Kobieta – Pani Kazia.

Jak jej pomóc? Jak pomóc? Wpadła mi w końcu pewna myśl do głowy, aby użyć fortelu. Jadąc autem z pracy do domu, tak obliczyłam czas, aby podrzucić ją do domu, gdy będzie szła z przystanku do domu. Bingo! Tak też na nowo zaczęłyśmy się poznawać. Ten „zbieg okoliczności”, że nagle o tej samej porze wracam autem z pracy, nie mógł na początku pojawiać się codziennie.

Pani Kazia oprócz tego, że sama zmagała się z licznymi schorzeniami, w domu opiekowała się przykutym chorobami do łóżka mężem. Byłam w szoku… nic o tym nie wiedziałam… byłam wręcz zła na jej męża, że ma auto, a nawet nie podjedzie po żonę na przystanek, tylko siedzi w domu na kanapie. Kropla drąży skałę. Warto, nawet najmniejszymi gestami, małymi krokami iść naprzód. Stałam się stałym, sobotnim bywalcem ich domu.

Mijały kolejne miesiące. Choroba męża tak postępowała, że konieczna była przeprowadzka -> ze wsi do miasta, bo bliżej do lekarzy, aptek, bo w obecnym domu pokonywanie przez Panią Kazię kilkanaście stopni wielokrotnie każdego dnia, stawało się wspinaczką wysokogórską. W dniu wyjazdu, wzruszyłyśmy się do łez.

– Będę Panią odwiedzać, na pewno! Obiecuję! – powiedziałam z pełnym przekonaniem.

– Przyjedziesz do mnie? Taki kawał drogi? Obiecujesz? – rzekła.

– Tak, obiecuję.

Jeśli składasz komuś obietnicę, dotrzymuj jej. Nie traktuj takich obietnic jak kurtuazyjne pożegnanie się, bo tak wypada. Ja dotrzymałam i Bogu za tę możliwość dziękuję. Odwiedzałam ich co dwa tygodnie, w sobotnie poranki. A to przywiozłam ze sobą jej ulubione goździki, albo upiekłam chleb czy wręcz uwielbiany przez nią placek drożdżowy tylko z maślaną kruszonką. Gdy mąż Pani Kazi zmarł, jej organizm w prawdzie zrzucił ciężar odpowiedzialności, pojawiła się ulga i spokój lecz do czasu. Ten błogi spokój, odpoczynek trwał zaledwie kilka tygodni. Pani Kazia zasłabła, upadła, szpital. Diagnoza: rak. Operacja, chemia. Cisza w telefonie. W końcu udało nam się zdzwonić.

Przyjedź na kawę. Wyglądam już jak człowiek. No i upiecz coś bo jestem głodna Twojego ciasta, no i o kwiatach pamiętaj, bo wazon mam pusty! – usłyszałam. „Moja Pani Kazia wróciła!” – pomyślałam z radością. Jechałam do niej niemal jak na skrzydłach. Dzwonek do drzwi. Cisza. Drugi raz. Cisza. Z mieszkania obok wyszła Pani i powiedziała: Niech Pani czeka. Sąsiadka po szpitalu, to dłużej to trwa zanim podejdzie do drzwi. Faktycznie, po kilku minutach otworzyły się drzwi… stanęłam jak wryta… Kobiety, której wyrazu twarzy tak się obawiałam, do której czułam dystans, z tej Niezłomnej Kobiety, stała się kruszynka, delikatna, wrażliwa, malutka kruszynka… która zniknęła w moich ramionach, wtulając się we mnie….

– Dobra, już nie rycz. Kawę robię. Czarną chcesz, nie?

– Czarną…

– Stomia. Uwierzysz? Patrz… gówniany worek, dobrze jednak że żyję, nie?

Cała Pani Kazia i jej specyficzne poczucie humoru. Pani Kazia przez całe życie na narzucała się Bogu, lecz mając już więcej wolnego czasu i mieszkając w mieście dołączyła do ochronki seniorów prowadzonych przez siostry zakonne – nawet z jedną z nich nawiązała relacje, połączył je dystans do codzienności, czarny humor i ….wspólna modlitwa adorując Najświętszy Sakrament.

I tak mijały kolejne tygodnie. Nasze sobotnie kawki zamieniały się z czasami w obiadki, a mój dorastający syn zyskał kolejną babcię, a ja stałam się jak córką, której nigdy nie miała. Wspólne rozmowy o błahostkach, jej przezabawne historie z lat panieńskich, jej opowiastki o moim tacie, wspólny śmiech, płacz, złość na los i radość z lepszych wyników badań. Cudowne chwile… do czasu gdy w telefonie od „Numer nieznany” usłyszałam: Mama umarła. Byłaś dla niej ważna. Tylko o Tobie mówiła, gdy ją odwiedzałem. Pogrzeb jest w środę. Proszę przyjedź…

W tym zabieganym czasie, warto dostrzec Niezłomne Kobiety, Kobiety ze srogą miną, Kobiety niezachęcające swoim „podejściem do świata i ludzi” do nawiązania bliższego kontaktu. Uśmiechnij się do nich mijając je na swojej drodze. Powiedz pogodnie „Dzień dobry”. Zauważ Je, bo często na swoich barkach dźwigają o wiele większe ciężary, niż te siaty z zakupami w dłoniach.

Moja Pani Kazia od lat mieszkała tuż obok mnie, dwa bloki dalej, a zauważyłam Ją dopiero będąc matką i żoną – też zabieganą, też z siatami wracającą do domu, też z własnymi trudnościami, lecz czym one były w porównaniu do tego z czym na co dzień zmagała się Ta Kobieta?

9

7.12.2020

Mam krótką historię, którą bym chciał się podzielić. Kiedyś byłem w sklepie spożywczym i zauważyłem dwóch młodych ludzi. Stali przed półką z chipsami. Widziałem, że chcieli wybrać dwie paczki chipsów. Jednak chyba nie mieli tyle, ile potrzeba pieniędzy, bo się długo zastanawiali. Widząc tą sytuację, stwierdziłem, że im dołożę, bo sam wiem jak to jest w takich sytuacjach. Oni się tak cieszyli, że uśmiech sam się pojawił również na mojej twarzy.

8

6.12.2020

Poznałem jakiś czas temu patriotycznego działacza, który mieszka w USA. Zajmuje się tam Polonią. Obserwował mój profil i napisał do mnie 2 dni temu, z prośbą o pomoc i dołączenie do miłej inicjatywy, jaką chce zrobić. A mianowicie, będzie wręczał odznaczenie jednemu z kombatantów który mieszka właśnie w Stanach Zjednoczonych i brał udział w walce o Monte Cassino, u boku gen. Andersa. Poprosił on naszą rodzinę o pomoc, czy moglibyśmy zrobić coś na ten dzień. A, że moim zdaniem, tak myślę, nasza córeczka Julianna bardzo ładnie śpiewa, a Patrycja gra na flażolecie, to przygotowaliśmy nagrania. Julka zaśpiewała piosenkę „Czerwone maki na Monte Cassino”, a Patrycja zagrała „Boże Coś Polskę” i życzenia od nas. Wysłaliśmy wszytko, jutro ma mieć wręczenie tego odznaczenia. Po przesłaniu tych materiałów, osoba która nas o to prosiła, ze łzami w oczach słuchał i dziękował nam za chęć zrobienia czegoś, mimo utrudnień odległości jak również epidemicznych przeszkód. Jego odpowiedź brzmi tak: Dzień dobry! Na wstępie pragnę bardzo serdecznie pogratulować Państwu wspaniałych córek! Widać, że z wielkim pietyzmem je Państwo wychowujecie. Serce się raduje widząc tak wspaniałą Rodzinę. Wszystkie 3 filmiki doszły i są znakomite! Brawo! Brawo! Brawo! Jeszcze raz dziękuję! Niech żyje Polska zjednoczona naszą wspólnotą! Życzę wszystkiego dobrego, dla całej Waszej Rodziny! Z Panem Bogiem.

7

5.12.2020

Późny wieczór, otrzymuję SMS od znajomej z prośbą, że mam koniecznie przyjść. Najpierw wahanie, nawet złość, co ona wymyśliła? Gdy jestem już u niej, robi mi herbatę i prosi o rozmowę. Poruszamy temat wiary – ona deklaruje, że wierzy, ale nie praktykuje. Bo jej się nie chce, bo nie lubi księży. Ja jej mówię o nadziei, o radości o tym, że Bóg jest i dba o nas. Wychodząc od niej powiedziałam, że będę się za nią modlić. Podziękowała mi. Wiem, że jej problemem jest samotność i łatwiej znosić ciemne wieczory, gdy ktoś jest ze mną. A Pan jest z nami zawsze .

6

4.12.2020

Moja historia to historia 9-letniego dziecka, które znalazło się nagle w szpitalu. Z daleka od domu. Z diagnozą białaczki. Był to podobny czas. Połowa grudnia. Przygotowania do najpiękniejszych Świąt w roku. Strach jakie będą to święta, czy w domu czy w szpitalu. Ciężkie dwa tygodnie. Jednak święta w domu, krótkie ale w domu. A później powrót i chemia kolejna, i kolejna. Ciężki czas. I różaniec codziennie. Zdziwienie, jeśli można to tak nazwać, pielęgniarek „to dziecko codziennie się modli, odmawia różaniec”. Pomógł mi ten różaniec, pomógł mi Bóg i wiara w niego. Choroba została pokonana. Może ta krótka historia nie mówi, że ja kogoś uratowałam. Ale żyje, gdzie szanse były bardzo małe. Dzięki temu mam teraz swoje dzieci i wspaniałego męża. Módlmy się zawsze kiedy nam źle i kiedy dobrze.

5

3.12.2020

Zawsze, kiedy milkniesz,  aby wysłuchać,  jest Boże Narodzenie.

– Mała, chodź, chodź – usłyszałam.

Rozglądam się i nikogo nie widzę. Hmm, może ze mną coś jest nie tak?

– Przyjdziesz to do mnie, czy nie? Tu się patrz!

Już wiedziałam kto mnie woła. Zawstydzona, z rumieńcami na policzkach, że nie zrobiłam tego za pierwszym wołaniem, weszłam na podwórko Sąsiadki, która ukryta za winogronowymi kłączami paliła w lufce mocne bez filtra. To ten dym wskazał mi drogę. 

W taki właśnie sposób Nasza Sąsiadka obserwowała świat. Winogronowe kłącza oplotły cały front i boczną ścianę ich domu. Idealne miejsce obserwacyjne. Nawet gdy ktoś chciał wejść na naszą posesję, a nas nie było w domu Sąsiadka donośnie informowała: „Tam nikogo nie ma. Niech nie wchodzi!”.  Och i te jesienne winobrania…. 

O swojej sympatii do mnie, Sąsiadka komunikowała w niebywały sposób: Ty jesteś taka nasza, taka do roboty – lecz ton głosu, jakim wypowiadała to zdanie mówiło o wiele, wiele więcej. Prosta, a zarazem życiowo mądra, lekko szorstka w uczuciach Kobieta, która lata swojego dzieciństwa i młodości spędziła na terenach za Bugiem, nauczyła mnie przede wszystkim słuchania i wyrozumiałości do starszych osób. 

Lekcje słuchania były na początku na rozkaz, czyli wtedy, kiedy Sąsiadka miała na to czas i ochotę. Nie było mowy, abym nie podeszła do niej na hasło: „Mała, co tam robisz? Chodź tu i mi opowiesz.” lub „Mała, gdzie byłaś? Chodź tu do mnie.” Pomimo znaczącej różnicy wzrostu, zawsze nazywała mnie małą.

I chociaż wiedziałam, że moje opowiadania miałam zamknąć w maksymalnie trzech, czterech zdaniach, z czasem coraz chętniej do niej przychodziłam, bo te spotkania był dla Niej sposobnością do podzielenia się ze mną swoimi całodziennymi obserwacjami lub wspomnieniami z wcześniejszych lat. 

Sporo z tych historii uleciało już z mojej pamięci, lecz wspólnie spędzany czas był dla mnie niejedną Lekcją życia. To ona nauczyła mnie gotowania zupy szczawiowej i robienia gołąbków w sosie grzybowym. To ona pokazała mi, a potem nadzorowała moje smażenie dżemu truskawkowego. To ona pokazała mi na przykładach z jej życia, jak ważną umiejętnością jest życiowa zaradność.

Nie była samotną kobietą, mieszkała z córką i zięciem, często odwiedzały ją wnuczęta i pra, lecz ja byłam częstą powiernicą jej opowiastek – taką codzienną, od zwyczajnych spraw. Pamiętam, że gdy z czasem próbowałam wtrącać swój wątek do rozmowy, jej wzrok ganił mnie, bo…. nie przerywa się osobie, która do Ciebie mówi. 

Bywało tak, że po prostu siedziałyśmy sobie razem w milczeniu, na tym balkonie za winogronową woalką, lecz razem, a jej spracowana dłoń spoczywała na mojej. W tym czasie jej córka krzątała się w kuchni, a zięć majsterkował w garażu…. 

Zrób czasami miejsce – w swoim potoku słów, w swojej gonitwie myśli – dla opowiastek innych osób, nawet jeśli słyszysz je steny raz.  To Ty wiesz, o tym, że słyszysz to samo już po raz kolejny, natomiast Twój Starszy Wiekiem Rozmówca ma jednak wrażenie, że pierwszy raz dzieli się z Tobą niesamowitą historią życia i koniecznie musi ją Tobie opowiedzieć w poniedziałek, we wtorek, środę, czwartek…

Słuchaj. Nic więcej. Bądź i wsłuchuj się w usłyszane słowa, a jeśli wykażesz zainteresowanie jakimś szczegółem, po prostu westchnij czy to z zachwytu czy z obawy czy też zaskoczenia, że taka sytuacja miała miejsce. To jest dopiero prezent! Twoje westchnięcie i obecność w życiu osoby, która jeszcze tyle ma Tobie do powiedzenia…. obyś zdążył ją wysłuchać do końca. 

4

2.12.2020

„Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać, jest Boże Narodzenie.” Coś w tym jest… Już dość dawno temu przekonałam się, że bycie we Wspólnocie, to także milczenie. Nie dlatego, że nie chce mi się wypowiadać, albo , że nie potrafię się obronić, lecz dlatego, iż w milczeniu dzieją się cuda… U mnie tak rodziła się przyjaźń. Mając umysł pełen kreatywnych pomysłów, potrafiłam tak szybko coś stworzyć, upiększać i pełno w tym było spontaniczności. Przygotowując kiedyś prezent ( w kilka osób ) nagle usłyszałam: „Ja nie rozumiem, nie umiem, nie potrafię tak, nie chcę!”. Najpierw zrobiło mi się przykro, bo przecież nigdy nie narzucałam swojej wersji. Koleżanka dodała: „Nie przejmuj się! Przecież nie będziemy się umniejszać, tylko dlatego, że ktoś nie nadąża?!” Jednak czułam, że wspólnotowo nie może tak być, że przecież tu nie chodzi o moje pomysły, tylko nasze. Powiedziałam: „Nie musi tak być, może być inaczej. Jak chcesz by było? Jak to widzisz? Zrobimy tak, by było dobrze”. Okazało się, że Kolega potrzebował być wysłuchanym… Odpowiedział: „Nie umiem tak tworzyć, ale jeśli mogę być taki jaki jestem, chętnie pomogę, chcę!”. Pamiętam jak rozradowało się moje serce! Z pozoru „umniejszenie” było niesamowitą łaską w relacji. Zyskałam Przyjaciela! I choć już nie mamy ze sobą tak kontaktu, była to dla mnie piękna lekcja! Prezent powstał wspólnotowo, szanując nasze uczucia. Bo RAZEM – to przede wszystkim być dla drugiego. Jeśli jestem w stanie zapomnieć o sobie, to całą resztę Bóg już poukłada tak, by trwać w naszych sercach.

3

1.12.2020

Bóg na każdym kroku uczy mnie wybaczać. Miałam piękną relację. Radość z powodu jej trwania była wielka. Te same pasje, poczucie humoru, wiara w Boga i służba Jemu. Jednak rok temu osoba ta zerwała relację z dnia na dzień. Była zaproszona na jedną z ważnych uroczystości przeze mnie organizowanych i nie pojawiła się na niej. Na chwilę przed jej rozpoczęciem, napisała tylko smsa i już nigdy nie zadzwoniła, nie napisała, nie odebrała telefonu. Kiedy już gdzieś się widzieliśmy, osoba ta udawała, że mnie nie zna i unikała mnie. Po kilku miesiącach, gdy emocje opadły, postanowiłam napisać list pełen pokoju i chęci naprawy relacji… jednak też bez odzewu. Poddałam się i oddałam tę sprawę oraz tego człowieka całkowicie Bogu. Niedawno osoba ta znów dotkliwie mnie skrzywdziła i pominęła mnie w ważnym dla mnie aspekcie życia. Znów musiałam przebaczyć. Niedługo po tym wydarzeniu, w końcu udało mi się zobaczyć z tą osobą. Zachowywała się tak, jakby nic się nie stało, jednak jej serce było na tyle otwarte, że choć ostatnie nieporozumienia udało mi się z nią wyjaśnić. Powinnam była jej wygarnąć, powinnam stamtąd wyjść, powinnam była słowem już nigdy się nie odezwać! Dlaczego to ja miałabym się teraz znów zachować jak należy. Przecież tyle razy zostałam zraniona. Ile? Ile razy mam wybaczyć? I odpowiedź tak prosta, a tak trudna… zawsze! Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad, które jak żelazna obręcz uciskają ludzi w ich samotności, jest Boże Narodzenie. Gdybym wtedy uniosła się gniewem, pewnie już nigdy byśmy nie porozmawiali, a tak choć pewna cząstka nieporozumień została wyjaśniona. Czułam żal i wciąż nie wszystko jest między nami wyjaśnione, jednak moje serce przepełnia miłość, spokój, chęć zrozumienia i pojednania. Obdarowałam tę osobę szczerym uśmiechem, a moje ręce i serce nie było i nie jest zamknięte. Trudno uśmiechać się do kogoś bliskiego, kto rani, ale taki uśmiech bywa czasem najpiękniejszy. Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata i wyciągasz do niego ręce, jest Boże Narodzenie. Przez chwilę znów poczułam, że jest jak dawniej, a za czym tak bardzo tęskniłam. Ufam, że Bóg wyprowadzi dobro z tej relacji dla nas oboje.

2

30.11.2020

Jak daję Boga innym? Ja wiem, że Pan Bóg jest żywy, że działa i mi pomaga. On chce, żebym była bardziej dojrzała i cierpliwa, abym umiała cieszyć się wiecznością. No właśnie, ale codzienne sytuacje życia są czasami takie trudne i wymagające. Niedawno miałam przykrą sytuację, gdzie podczas spotkania usłyszałam zarzuty i pretensje wobec mojej osoby. Wtedy byłam bardzo zła i rozgoryczona. Potem przemyślałam tą sytuację i stwierdziłam, że chcę okazać tej osobie więcej zrozumienia, cierpliwości i życzliwości. Dzisiaj minęły trzy miesiące, a ta osobą czeka na mnie, dzwoni do mnie, radzi się w wielu sprawach. Ja też cieszę się na te wizyty. Dając Boga przez dar cierpliwości, empatii, zrozumienia, a także zwykłych drobnych gestów (uśmiech, dobre słowo) życie staje się bardziej wartościowe. Staram się być tu i teraz. Bóg widzi mnie w tej chwili.

1

29.11.2020

Szczęść Boże myślałam co napisać jaką historie i pomyślałam że napiszę o tym jak Bóg działając przez moją osobę uratował jedno dziecko. Kiedyś na ulicy spotkała mnie kuzynka dawno się nie widzieliśmy i spytała mnie, czy bałam się urodzić mojego ostatniego synka Maksa bo byłam już po 40. Ja powiedziałam, że tak bo było duże ryzyko. Wtedy ona mi powiedziała że jest w ciąży i nie wie co zrobić, bo może urodzić się chore i myśli, że chyba chcę dokonać aborcji to jej trzecie dziecko i też była po 40. Powiedziałam żeby tego nie robiła. Wyniki nie muszą się potwierdzić no i przecież to jej dziecko. Powiedziałam, że będzie dobrze. Często z nią rozmawiałam i modliłam się za nią i maleństwo. Ciąże przeszła ciężko, ale dobrze się skończyło. Dziecko zdrowe choć wcześniak i mama dziecka też ok. Dziękuje Bogu że mogłam modlić się za nią i być z nią w tym trudnym czasie.