początki…

początki…

Każdy z nas wobec nowych sytuacji lub miejsc odczuwa pewnego rodzaju strach i stawia sobie wtenczas mnóstwo pytań. Tym bardziej, gdy są to „wydarzenia” zupełnie nowe, których wzorów w pamięci nie posiadamy – stajemy zupełni puści i nie wiemy w jaki sposób mamy się poruszać w danej rzeczywistości. Ciąży nad nami odpowiedzialność za powierzone nam osoby, sytuacje i tym mocniej odczuwamy, że początki są szczególnie ważne.

W jaki sposób zacząć?

Staję wobec nowej rzeczywistości parafii – konkretnego miejsca i ludzi. Rozpoczynam swoją obecność wśród zupełnie nieznanych mi osób, miejsc i wydarzeń. Zastanawiam się nad moimi „krokami” – w jaki sposób wykonywać pewne czynności, z jakim nastawieniem je realizować i co ze swojego serca najbardziej zaangażować. Mogę przyjąć wiele postaw: 

oczekiwać – czyli stanąć z boku, przyglądać się wydarzeniom i wyczekiwać jakiś działań ze strony innych osób; mogę również uczestniczyć – tzn. małymi gestami, wypływającymi z serca podchodzić do ludzi, konkretnych sytuacji, próbując rozeznać ich właściwości i realne możliwości; mogę też przyjmować – tzn. uczestniczyć w planie Boga, który wskaże mi odpowiednią drogę, sposób rozwiązania, który uruchomi we mnie to, co w danym momencie jest najważniejsze. Jakąkolwiek przyjmę postawę, choć różnią się one zdecydowanym podejściem, to jednak wymagają ode mnie tego, aby być wewnątrz konkretnej sytuacji.

W „początkach” wydaje mi się, że warto skompilować ze sobą wszystkie postawy, a swoje działania osadzać w rozsądnej odpowiedzialności za powierzone nam osoby i wydarzenia.

Przyświecająca idea.

Kiedy człowiek otwiera się na rzeczywistość, która staje na jego drodze potrzebuje właściwej wrażliwości, która pomoże mu rozeznawać to, jakie działanie powinien podejmować. Od wielu już lat odkrywam, jak w szczególnych sytuacjach Bóg nie tylko mnie prowadzi, ale odkrywa przede mną swój zamysł, którego realizacji mam się podjąć. Otwarcie się na łaskę umożliwia znalezienie odpowiedniego źródła, które staję się motorem wszelkich podejmowanych inicjatyw i działań. Źródło nie rodzi się we mnie, ale jest poza mną, jest w Nim. Dzięki temu zdaje sobie sprawę z obiektywności tego źródła, z wymagań, które mi stawia i nowych rzeczywistości, w których mnie umieszcza.

Pamiętam jak w początkach mojego kapłaństwa zrodził się „Boży zamysł”, aby w pierwszej parafii podjąć się szczególnie jakiegoś jednego, konkretnego tematu, który będę podkreślał, zarówno w swoim życiu osobistym, jak i też w swoich zajęciach. Wówczas pojawił się temat związany z nadzieją. Pierwsze próby zrozumienia tej łaski zaowocowały stworzeniem strony internetowej, która nosi nazwę: „la speranza”, czyli nadzieja. Przyświecała mi idea, aby przekazywać ją w różny sposób. Zrodził się pomysł codziennych rozważań, które w krótkiej formie rozsyłałem do różnych osób. Wszystkie te rzeczy, mimo zmian środowiska (ludzi, miejsc) wciąż się rozwijają i przynoszą kolejne owoce.

Kolejna parafia, kolejne osoby i wydarzenia ukazały mi potrzebę życia kolejną łaską, ideą, którą stała się „Miłość”. I już w krótkim czasie pobytu w parafii zrodziły się pomysły nowych wspólnot, których zasadniczym prawem funkcjonowania stała się miłość wzajemna, która jest szczególnym narzędziem budującym wspólnotę. Zrodziło się Duszpasterstwo Akademickie, Ruch Nowych Rodzin i wiele inicjatyw, których zadaniem było scalanie ludzi i budowanie rzeczywistej wspólnoty.

Dziś staję u początku pracy w nowej parafii, nowych doświadczeń i to, co ciekawe – kiedyś wszedłem do kościoła i podczas modlitwy spojrzałem na ścianę naprzeciwko mojego konfesjonału i moim oczom ukazały się trzy obrazy postaci, pod którymi widnieją napisy: wiara, nadzieja, miłość. Uśmiechnąłem się do siebie, gdyż w tym momencie odkryłem kolejne światło – źródło, które nie wyniknęło z moich pragnień, czy jakiegoś podjętego schematu. Już wiem, że kolejna cnota: „wiara” stanie się elementem konstruującym tutejszą wspólnotę. Jeszcze nie wiem, co zaplanował Pan Bóg, nie wiem jak będzie wyglądało moje działanie, jakie inicjatywy się zrodzą, ale już wiem, że będą one skierowane ku tej szczególnej łasce, jaką jest wiara.

Bóg uczy zawsze, wszędzie, przez wszystko.

Kiedy otrzymałem wewnętrzne światło, że w parafii p.w. Zwiastowania NMP, to właśnie ta scena będzie mi przyświecała w sposób szczególny, zrozumiałem, że w scenie tej, rozgrywa się wiele akcji, które można hasłowo nazwać: wiara, zaufanie, wola Boża, radość niesienia Boga innym. Znów dostrzegam jak w niebywały sposób łączą się różne idee, które mi dotąd przyświecały, i jak znów pojawia się Boża nić łącząca to, co stare, z tym, co nowe.

Już po kilku dniach w parafii, u początku mojego wejścia w nią pojawiły się szczególne Boże lekcje. Pierwszą lekcją była wiara, która objawiła się starannością odprawiania Eucharystii, służenia w konfesjonale i zapraszania innych (np. Księży) do przyjęcia wspólnotowego rytmu życia. Wierzę !, że podejmowane inicjatywy nie tylko zaowocują, ale staną się dla mnie konkretnym i silnym fundamentem dla kolejnych inicjatyw.

Pojawiła się jeszcze inna lekcja, lekcja zaufania. Dwie sytuacje, jako moje doświadczenie, jako obraz tego, co się stało. Otóż pamiętam tydzień, w którym przypadała Uroczystość Wniebowzięcia. Ilość Mszy, które mieliśmy odprawić w dwójkę przerażała mnie i pojawiło się zwątpienie – jak damy sobie radę. To sobotnia myśl, a w niedzielę pojawiły się kolejne wskazówki, bym ufał bardziej Bogu, niż bał się tego czy po ludzku dam sobie radę. Przyjechali księża, którzy pochodzą z tej parafii i zaoferowali pomoc. Zatem, zamiast ośmiu Mszy na dwóch, pojawił się plan sześciu na dwóch. Ale nagle jeszcze inny ksiądz zaoferował, że odprawi dwie Msze i tak już były tylko cztery na dwóch. Wystarczył dokładnie jeden dzień, aby wszystkie moje obawy i ludzkie spekulacje upadły i stało się zupełnie coś, czego sobie nie mogłem nawet wyobrazić. W Zwiastowaniu pojawiają się słowa Maryi: „jakże się to stanie, skoro…”. No właśnie… – po ludzku nie jesteśmy wstanie wyobrazić sobie niektórych wydarzeń, ale: „ale dla Boga nie ma nic nie możliwego”. Potrzebna była ta szczególna lekcja zaufania, u początku mojego bycia w inowrocławskiej parafii.

Pamiętam jeszcze inną. Dowiedziałem się, że w szkole będę miał 28 godzin lekcyjnych. Znając moje możliwości głosowe i chęć zaangażowania się w różne, dodatkowe sprawy, wszystko podpowiadało, że ów pomysł jest nieludzki, i że nie dam rady. Chodziłem z tymi myślami przez kilka dni. Choć przez chwilę zaświtało, by zaufać Bogu, to jednak bardziej realne były dla mnie te moje, ludzkie myśli. Kiedy w ostateczności pojechałem do szkoły, okazało się (dobrze, czy nie dobrze, któż to wie), że w szkole zmienia się ilość godzin lekcyjnych religii, i że każda klasa będzie miała tylko jedną godzinę w tygodniu. I tak, z 28 godzin lekcyjnych, pozostało 14 i pewny jeden dzień wolny, w którym będę mógł uczestniczyć w życiu wspólnoty. Pan Bóg, choć nie rozumiem nadal jak, potrafi tak pozmieniać wszystko, aby móc wyjść naprzeciw nam i z uśmiechem obalić wszystkie nasze obawy.

Początki.

Trudno sobie wyobrazić co jeszcze czeka mnie w różnych okolicznościach, z różnymi osobami, ale otrzymane już teraz lekcje, powinny mnie zmienić i dodać sił do podjęcia się wszystkiego, co rozeznam, jako rzeczywistą wolę Bożą.

dominik poczekaj

(DC)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *