Patrz dalej.

Patrz dalej.

W życiu codziennym, zderzamy się z różnymi trudnościami. Próbujemy stawić im czoła i w jakiś sposób sobie poradzić. Czy nadzieja może nam w tym, w jakiś sposób pomóc? Kiedy dotyka nas trudne doświadczenie, bardzo często jest nam trudno zobaczyć coś więcej niż tylko tą trudność. Wydaje nam się, że ktoś zamknął nas w jakimś pokoju, z którego nie ma wyjścia. Pozbawieni perspektyw, jeszcze silniej odczuwamy przeżywaną trudność. Jeśli „pozwolimy”, by ta trudność urosła w naszym myśleniu do niewyobrażalnej wielkości, wówczas odczuwamy przeciążenie sytuacją – wciąż o niej myślimy, stale ją odczuwamy, a wszystko co dzieje się wokół nas, stale nam o tym przypomina. Wydaje nam się, jakby poza tą sprawą, nic innego nie istniało. Myślę, że bez przesady opisałem stan, który wielu z nas odczuło podczas dokonującego się w naszej codzienności, jakiegoś mniejszego lub większego dramatu. Nie ma gotowego rozwiązania, a jedynie początek od którego możemy pójść w bardzo różne strony. Właśnie moment przeżywanego dramatu, potrzebuje Nadziei. Staje się ona jak światło w ciemności. Nawet delikatny promień, stanowi już jakiś punkt odniesienia, jakiś dla nas początek. Nie przeżywam obecnie jakiś dramatów, ale doświadczam często sytuacji, które są mi przeciwne, burzą mój wewnętrzny porządek. I po ludzku wiedzę, jak łatwo wpaść w pułapkę – by zatrzymać się i grzebać w jakiejś sytuacji. Wówczas trudno jest zachować pokój i czekać na jakieś rozwiązanie. Nadzieja, w takiej sytuacji, staje się początkiem. Dla mnie pojawienie się nadziei to moment, w którym odpuszczam – zostawiam jakąś sytuację za sobą. Przestaje się nad nią zastanawiać, rozdrapywać i szukać ewentualnych powodów. To tak, jakbym idąc drogą, zostawił tę trudność, gdzieś przy drodze i postanowił iść dalej, bez zbędnego...
Bliźni – spotkanie z Bogiem.

Bliźni – spotkanie z Bogiem.

Jak człowiek może stać się dowodem na istnienie Boga? Jak nauka Jezusa o bliźnim, może sprawić, że na swojej drodze spotkamy Boga? Często przypominam sobie myśl biblijną: „gdzie dwaj albo trzej zgromadzą się w imię moje, tam jestem pośród nich” i staram się żyć tymi słowami w sposób konkretny.  Nauka Jezusa prowadzi do spotkania z Bogiem, ale ta droga prowadzi przez kilka punktów, a jednym z nich jest właśnie BLIŹNI. „Byłem nagi… spragniony… głodny… chory… itd. Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”. Czy w innym miejscu: „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego” W zasadzie całą tą myśl, można by było przedstawić samymi fragmentami. Warto do nich sięgnąć – rozważyć. Jednak poszukajmy klucza, aby to wszystko zrozumieć i złożyć w jedną całość. Każdy człowiek jest ważny dla Boga, bo jesteśmy Jego umiłowanym stworzeniem. Dzięki bliźniemu, mogę odkrywać obecność Boga. By wcielić Słowo w czyn, Ewangelię w życie, potrzebujemy człowieka, wobec którego skierujemy nasze działanie. Wcielona miłość, musi mieć konkretny kierunek. Kochając bliźniego – nasza miłość nie zatrzymuje się tylko w tym punkcie, ale idzie dalej, odkrywając Boga. Bliźni, kimkolwiek jest, jest pomocą abyśmy mogli czynić dobro, przebaczać, pomagać, nawracać się… Dzięki bliźniemu mogę swoje życie skierować ku Bogu, Jemu oddać się całkowicie i odkryć Go również w drugim człowieku, nie tylko w sobie.  Po wspólnocie, Słowie, Eucharystii, dotarliśmy do momentu, gdzie przestrzenią, w której mogę znaleźć Boga jest każdy człowiek. To ciekawe, że skoro jest On we mnie, że jest w drugiej osobie, to powinienem Go odkrywać również POMIĘDZY NAMI. Widząc Boga w człowieku, pomaga mi to, zobaczyć w każdej osobie Boga. To zadanie jest dla...
Pan z wami.

Pan z wami.

Była już wspólnota, Słowo… Kolejną przestrzenią, w której mogę odkryć obecnego Boga, jest Eucharystia. Zwracam uwagę na proste i szczególne sformułowanie, które istnieje w Eucharystii, które może nam pomóc odkryć, że On jest. Dziś jest jedno, bardzo ważne wydarzenie, które chrześcijanie opuszczają bardzo często. Jakie są powody takiego zachowania? Wydaje mi się, że jednym z wielu powodów, przez które, różne osoby nie chodzą na Eucharystię, to brak zrozumienia tego wydarzenia. Monotonia, powtarzalność, monolog księdza, brak dynamiki, nuda… – to wytłumaczenia, które można najczęściej usłyszeć w sprawie nie uczestnictwa we Mszy. Mają odwagę wyrazić swój sprzeciw, ale czy mają odwagę znaleźć chociażby jeden powód, aby w niej uczestniczyć i pójść samemu za tym argumentem. Ja mam dwa zasadnicze powody. Jednym z nich jest to, że mogę być blisko Boga, mogę Go słuchać i się Nim karmić. Kolejnym z nich jest fakt, że Eucharystia jest dla mnie jak latarnia – oświeca przeszłość, teraźniejszość i przyszłość i pomaga zrozumieć życie, ale również umożliwia mi stawiać sobie nowe cele do zrealizowania. Lubię ten jeden, szczególny element w Eucharystii, który jest u początku kolejnej części Mszy, jakby refren pomiędzy kolejnymi zwrotkami tego szczególnego wydarzenia. Mam na myśli tytuł tego artykułu: „Pan z wami”. Zwróciłeś uwagę na to zdanie? Wiesz ile razy i kiedy występuje? Pomyśl chwilę o tym, zanim przeczytasz dalej. Od samego początku Eucharystii, kapłan przypomina, albo ogłasza tę szczególną prawdę – że Bóg jest, że jest obecny w tym momencie. Niby takie proste zdanie, ale zawiera w sobie szczególną, ważną prawdę, która nieustannie powinna ożywiać naszą wiarę. To ciekawe, że tak krótkie sformułowanie, może nieść tak wiele pozytywnego ładunku. Każdy ważny punkt Eucharystii, rozpoczyna...
Słowo stało się ciałem.

Słowo stało się ciałem.

Co może wnieść w nasze życie rozważanie Słowa Bożego? Czy to okazja do spotkania z Bogiem, czy tylko kolejna możliwość zdobycia jakiejś wiedzy? „Słowo stało się ciałem i zamieszkało pomiędzy nami” – zostawiło namiot pomiędzy ludźmi – tak niektórzy dosłownie tłumaczą obecność Słowa, które stało się ciałem. Moment ten w konkretny sposób przedstawia nam obraz WCIELENIA. To, że Bóg w miłości postanowił dać nam swojego Syna, aby nas zbawił, dlatego stał się człowiekiem. Słowo, wydaje się być ważnym narzędziem, którym posługujemy się w zasadzie w każdej sytuacji. Wiemy, że transportuje ono wiele treści – prawdę, emocje, informacje. Każde wypowiedziane przeze mnie słowo jest moje, jest w symboliczny sposób mną. Czytając czyjąś książkę, list, wiadomość, mam do czynienia z kimś konkretnym, z osobą, która te słowa napisała. W przypadku Boga, to jeszcze więcej, to pewność, że Słowo to On, a czytanie Jego słów, to realne spotkanie z Bogiem. To niezwykłe, gdy w pierwszych wiekach chrześcijaństwa pomiędzy Słowem, a Eucharystią, stawiano znak równości – czyli czytanie Słowa, było jak spożycie Eucharystii. Jak przyjrzymy się temu jak Żydzi traktują Słowo, myślę, że będziemy mogli się od nich bardzo dużo nauczyć. Niezwykły szacunek, noszenie Słowa w trakcie modlitwy na czole i ręce, na wysokości serca… Zwoje traktowano z niezwykłą miłością – całowanie, przechowywanie za zasłoną itp. Dziś możemy, będąc w kościele tę niezwykłą tradycję – uroczyste wnoszenie Słowa, honorowe miejsce dla Słowa w czasie liturgii, całowanie przez kapłana po odczytaniu, błogosławienie Ewangeliarzem, osobne miejsce odczytywania – zwane ołtarzem Słowa… To zewnętrzne oznaki, a jest ich znacznie więcej. Jest też oczywiste, duchowe znaczenie – czytanie przed Wigilią, kierowanie się Słowem w swoim życiu codziennym. ...
Uwierzę gdy zobaczę. 

Uwierzę gdy zobaczę. 

Co daje nam żywe doświadczenie obecności Boga? Co przemawia za Jego obecnością? Chciałbym z wami przyjrzeć się kilku przestrzeniom, na łamach kilku artykułów, w których jako wierzący powinniśmy dostrzegać obecność Boga.  Pewnie kojarzysz tytuł z wydarzenia, w którym uczestniczyli Apostołowie, a w szczególności odnosiło się to do św. Tomasza. Jego prośba wydaje się być logiczna – „dopóki nie zobaczę i nie dotknę, nie uwierzę”. Gdy zmartwychwstały Chrystus znów przychodzi do uczniów, wywołuje Tomasza i każe mu wkładać swoją rękę w Jego rany. Gdy zobaczył, a w szczególności, gdy dotknął, wypowiedział piękne słowa, które dziś mogą pełnić doskonałą formę wyznania wiary: „Pan mój i Bóg mój”.  W kontekście tej historii, można dziś zastanawiać się jak i gdzie mogę zobaczyć Jezusa. Podobnie, jak w przypadku Tomasza, tak również w naszym przypadku potrzebna jest WIARA, jako kluczowa rzeczywistość, by móc dostrzec Jego obecność, jak i też ją przyjąć. Chciałbym w kolejnych artykułach, podkreślić kilka przestrzeni, w których wiara podpowiada nam, że Bóg jest obecny i czeka na nasze przyjęcie.  Pierwsza przestrzeń, bardzo ważna, bo jest fundamentem, na którym możemy zbudować nasze doświadczenie obecności Boga, jest WSPÓLNOTA.  „Gdzie dwaj, albo trzej zgromadzą się w imię moje, tam jestem pośród nich”. Wspólnota rodząca się pomiędzy osobami, dzięki jedności „stwarza Jego obecność”. Idąc logiką biblijnego fragmentu – tam, gdzie nie ma jedności, tam trudno zobaczyć, odczuć obecność Jezusa. Wspólnota – w tym również oczywiście Kościół – powinien chronić w sobie jedność, pomiędzy poszczególnymi osobami, by On mógł być pomiędzy nami.  Wspólnota stawia zatem konkretne zadanie – dążenie poprzez różne środki do tego, by rzeczywiście – konkretnie, realnie, Bóg mógł być pośrodku takiej wspólnoty. Jakie to...
Oswoiłem lwa.

Oswoiłem lwa.

Oswajając coś, wydaje nam się, że to kontrolujemy, że  mamy nad czymś władzę. Kontrola nad swoim życiem, to jedno z wielu naszych pragnień. Czy Boga obecnego i działającego w naszej codzienności, też chcemy oswoić? Mam taką teorię, że „najprostsze rzeczy, są dla nas najtrudniejsze”. Kiedy postawię sobie pytanie: „czy Bóg jest?” pewnie bardzo wiele osób odpowie, że oczywiście, że tak; pewnie też wielu odpowie, że nie. Gdy jednak wnikniemy w głąb odpowiedzi i będziemy szukać jakiegoś wyjaśnienia – nagle to, co dla nas takie oczywiste, staje się trudne dlatego, że brakuje nam konkretnych argumentów. Przyjmujemy pewne rzeczy, jako oczywiste i nawet nie szukamy jakichkolwiek dalszych argumentów. Można łatwo wytrącić nam argumenty z ręki i sprawić, że staniemy bezradni, wobec nawet prostych pytań i sytuacji. Lata wiary wydają się być „oswajaniem lwa”, dostosowywaniem Boga do własnych potrzeb. Wydaje nam się, że jest On potrzebny tylko wtedy, gdy dochodzi do skrajnych sytuacji w naszym życiu, w których niestety nie mamy już kontroli nad sytuacją. W innych sytuacjach, radzimy sobie świetnie sami, bez niczyjej pomocy. Pojawia się w nas bardzo silne przekonanie o samokontroli nad wszystkim. Taka postawa w życiu człowieka, sprawia niestety, że coraz bardziej wyrzucamy Boga z przestrzeni naszego życia, aż do takiego momentu, w którym całkowicie o Nim zapominamy i przestajemy w Niego wierzyć. Dla tych, którym zależy na obecności Boga w ich życiu, oraz dla zagubionych, którzy pragną Go odszukać i na nowo Go poznać, jak i dla wątpiących w Jego działanie i realną obecność przy nas, polecam dwa szczególne zadania. Pierwszym z nich jest próba otwarcia maksymalnie swojego serca podczas Eucharystii, którą w najbliższym czasie przeżyjecie. Bóg tam jest,...
Jesteś?

Jesteś?

Chcielibyśmy wiele rzeczy udowodnić – również wiarę. Szukamy argumentów, które przekonają do czegoś inne osoby. Czy w kwestii wiary, możemy mieć jakieś argumenty? Po co to pytanie, skoro w Niego wierzę? Może, by rozwiać jakiekolwiek wątpliwości; może po to, by umocnić swoją wiarę; może dla innych, by dać wiarygodne świadectwo. Dobro, które sami otrzymamy, zawsze może posłużyć innym. Pomyśl, ile również dzięki wierze, możesz sam otrzymać i jak wiele możesz wówczas dać innym. Historie, które sami przeżywamy, mogą być ogromnym darem dla innych. Warto te osobiste historie wykorzystać, aby podarować je innym w postaci świadectwa, które wzmocni innych, coś im pokaże i zaproponuje. Chyba warto zacząć naszą wewnętrzną dyskusję od podjęcia się tematu dowodów na istnienie Boga, na przykład według tez, których autorem jest św. Tomasz z Akwinu. Jeśli istnieje ruch, to istnieje pierwszy Poruszyciel. Jeśli każda rzecz ma swą przyczynę, istnieje pierwsza przyczyna sprawcza. Jeśli byty przygodne nie istnieją w sposób konieczny (pojawiają się na świecie i przemijają), musi istnieć byt konieczny. Jeśli rzeczy wykazują różną doskonałość, to istnieje byt najdoskonalszy. Jeśli celowe działanie jest oznaką rozumności, to ład i porządek w działaniu bytów nieożywionych lub pozbawionych poznania świadczą o istnieniu Boga, kierującego światem nieożywionym. Warto oczywiście się rozejrzeć i poszukiwać jeszcze innych argumentów. Co mnie osobiście przekonuje? Pewnie, przynajmniej niektórzy są ciekawi, co ja osobiście na ten temat sądzę. Mnie osobiście przekonują cztery dowody. Pierwszym dowodem jest dowód chrystologiczny. Według chrześcijaństwa – historyczny Jezus Chrystus jest największym objawieniem istnienia Boga. To, Kim był i wszystko, co zrobił czy powiedział, zaświadcza o istnieniu Boga. Tutaj warto by było poszukać argumentów na istnienie historycznego Jezusa. Drugim dowodem dla mnie...
Wierzę, ale… te wątpliwości.

Wierzę, ale… te wątpliwości.

To „ale” bywa często bardzo newralgiczne. Każdy przeżywa różne trudności w wierze. Niekiedy mamy wątpliwości i nie wiele nam potrzeba, by niestety przestać wierzyć. Wielu świętych mówiąc o swoim duchowym świecie, wiele razy wspomina o trudnościach, które przeżywali w swojej wierze. Określają to mianem „ciemności duchowych”. To czas bycia przy Bogu, w którym odczuwa się trudności w odkrywaniu właśnie tej obecności. Pojawia się niezwykły ciężar w realizowaniu relacji z Bogiem. Oczywiście to nie „przywilej” świętych, takie odczucia, lecz pewna wskazówka dla nas, jak możemy ewentualnie podobne sytuacje interpretować w naszym życiu. Myślę, że wielu ma podobne doświadczenia – sytuacje, o których wspomnę tym artykule, może nawet przeżyło je w swoim codziennym duchowym doświadczeniu. Chcę wspomnieć o trzech sytuacjach, które mogą się pojawić w naszym życiu duchowym. Trudno mi powiedzieć, czy kolejność jest właściwa, ale nie o to w tym chodzi, ale o odniesienie swojej sytuacji do tego, o czym wspomnę i o odnalezienie dla siebie ewentualnych wskazówek. To, o czym najczęściej słyszę, to doświadczenie właśnie wątpliwości w wierze. Ludzie mimo obecnej modlitwy, praktyki sakramentów – wiary, przeżywają wątpliwości  dotyczące różnych kwestii. Te wątpliwości to wynik często stawianych sobie pytań, na które niestety nie znajdujemy odpowiedzi, bo nie wiemy gdzie ich szukać. To wynik trochę słabej pamięci tego, co było podczas katechezy szkolnej. Czasami to po prostu kwestie, które być może nie były wprost poruszane, albo mimo wszystko są to treści zbyt trudne do samodzielnego rozwiązania. Wiara jednak wymaga wciąż aktualizacji wiedzy. Dlatego, mimo może niechęci, powinniśmy często sięgać do duchowych lektur – wręcz każdy z nas powinien przeczytać kanon duchowych lektur, które bardzo pomogły by każdemu wierzącemu (np. Ćwiczenia...
Jak odkryłem Boga.

Jak odkryłem Boga.

Czasami sytuacja, jakieś konkretne wydarzenie daje nam więcej dowodów, niż jakieś nawet najlepsze naukowe teorie. Pomyśl, ile i jakie sytuacje miały miejsce w twoim życiu, które pozwoliły ci odkryć Boga. Każdy z nas ma jakąś, przynajmniej sądzę jedną, historię w życiu, która nauczyła nas w jednej chwili znacznie więcej, niż to mogliśmy zrobić przez ileś lat życia. Historie różne, które dotyczą pewnie też różnych zdarzeń i uczące nas przeróżnych rzeczy. Historie, w których miałem okazję na nowo odkryć Pana Boga mam kilka. O niektórych już pisałem, opowiadałem. Tej jeszcze nie opowiadałem. Dość wczesne popołudnie. Nieco deszczowy dzień. Jadę do znajomego na imieninowe spotkanie. Zbliżam się do dość ostrego zakrętu – zwalniam. Z naprzeciwka widzę jadącą ciężarówkę, która ścina zakręt. Zjeżdżam bliżej pobocza. I nagle… Tego dnia tknęło mnie coś aby zabrać ze sobą „ręczny krzyż” – rozdawany kiedyś przy okazji roku duszpasterskiego. Położyłem go w samochodzie obok mnie, na miejscu pasażera. Spoglądałem na niego od czasu do czas, rozważając coś w głowie. Przypadek? Nie sądzę! Nagle… wpadam w poślizg. Próbuję manewrować kierownicą, hamować, ale nic z tego. Jest zbyt ślisko! Mój samochód jak kostka w ręku dziecka turlał się we wszystkie możliwe strony. Zatrzymałem się na boku samochodu, od strony kierowcy. Nic nie czuję, to chyba dobry znak, bo nic mnie nie boli. Jakoś udało mi się wysiąść z samochodu. Po dłuższym czasie przyjeżdżają znajomi. Widzę przerażenie w ich oczach. W  skrócie opowiadam im, że dziś pierwszy raz zabrałem ze sobą krzyż do samochodu. Z jeszcze większym przerażeniem, patrząc na mnie, wypowiadają dziwne słowa: „nie wiesz, że krzyż w samochodzie przynosi pecha?” Spojrzałem na siebie, pomyślałem o wypadku i...
Właściwa pobożność kontra dewocja.

Właściwa pobożność kontra dewocja.

Czy przesadna pobożność może stanowić problem? Niestety spotykamy takich, którzy uważają, że mają monopol na Pana Boga. Ich wyobrażenie jest jedyne i słuszne, a wszyscy inni się mylą. Podczas rozmowy z jedną osobą o „niedoskonałościach chrześcijanina”, niespodziewanie ta osoba, zainsynuowała, że jedną z takich niedoskonałości jest „gorliwość”. Pierwsze co sobie pomyślałem, to: „nie zgadzam się, co ty gościu gadasz”. Nie powiedziałem tego głośno, ale rzuciłem temat na tapetę swoich rozważań. Co mi z tego wyszło? Zobaczymy, czy się z tym zgodzicie. Spotykasz na swojej drodze życia ludzi z pasją, zagorzałych zwolenników jakiś działań? Pewnie tak i jesteś pewnie niekiedy zafascynowany ich działaniem. Ale i w tej grupie osób, można niekiedy znaleźć takich ludzi – pasjonatów, którzy swoim zachowaniem bardziej przypominają niestety szaleńców, niż rzeczywistych fachowców. A w Kościele? Czy tam też spotkasz takich realnych pasjonatów – ludzi prawdziwie oddanych wierze i wspólnocie? Może tak, może nie! Istnieją w tym miejscu skrajne postawy – ludzie, którzy są minimalistami, robią tyle ile muszą i nic ponad to. Można by nazwać ich letnimi chrześcijanami. Są też tacy, którzy wydaje nam się, że chyba mieszkają już w kościele, bo są zawsze i we wszystkim biorą udział. I w tej grupie osób można często spotkać radykałów, skrajnych konserwatystów. Zagorzali katolicy, bardzo skrajni, często przyjmujący niestety postawę WOJOWNIKÓW. Walczą oni z postawami innych ludzi – krytykując, oceniając, stawiając często wymagania ponad normalne możliwości i siły. Mam niekiedy wrażenie, że do ich istnienia pasuje powiedzenie: „świętsi od Papieża”. Wydaje im się, że ich życiowym zadaniem jest oddzielić „zboże od plew” i robią to niekiedy bardzo radykalnie. Takie postawy nie są nowe, one już były obecne za...
Nazywać zło złem, a nie fałszywą tolerancją.

Nazywać zło złem, a nie fałszywą tolerancją.

Zło jest złem, nawet, gdy wszyscy i wszystko mówi nam, że jest dobre. Czy słowo tolerancja – nie nabrało zbytniego rozpędu i nie przeskoczyło właściwego sobie znaczenia?  Ufam, że ten temat rozciągnięcie na różne sprawy obecne wokół was, ale i też na to wszystko, co dzieje się w waszym wnętrzu. Przykazania, moralność – to kierunki, które podejmujemy w naszym życiu. To są jedynie narzędzia, którymi posługujemy się rozsądzając różne decyzje w naszym życiu. Dzięki różnym prawom, człowiek może orientować swoje życie i wyznaczać sobie nowe cele do osiągnięcia. Mając określone zasady, łatwiej człowiekowi jest zachować bezpieczeństwo przed nowymi sytuacjami – zagrożeniami, które coraz trudniej jest na pierwszy rzut oka, ocenić. Prawa, którymi kieruje się chrześcijanin, nigdy nie są krzywdą dla człowieka, a raczej właśnie, stanowią fundament pewnej stabilności, która w każdej sytuacji daje człowiekowi stały punkt odniesienia.  W wielu dyskusjach, krążących po sieci, zderzają się często opinie osób, które próbują innym narzucić pewien punkt widzenia, zmienić punkt widzenia chrześcijan, próbując ich ośmieszyć, utrwalić stereotyp, że chrześcijanie są konserwatywni, czy zacofani.  To, co najbardziej mnie śmieszy w tych dyskusjach, to próby udowodnienia, że jesteśmy nietolerancyjni. A metodą, którą się w tych dyskusjach posługują inne osoby, jest brak tolerancji wobec chrześcijaństwa. Jak, nie mając tolerancji, można wymagać od innych, aby właśnie oni mieli tolerancję względem takich zachowań.  Dyskusje prowadzą do przewartościowania pewnych zachowań, orientacji, punktów widzenia. Wszelkie wyjaśnienia nie prowadzą do uznania prawdy, nie prowadzą do zastanowienia się nad czymkolwiek, ale próbują wymusić aby człowiek zmienił swoje myślenie. Nawet, gdy zło nazwę dobrem, nie sprawia to, że wszystko się zmienia. Zło nadal nim pozostaje. Trudnością, którą mają wszyscy, zarówno chrześcijanie, jak i...
Kryzys tożsamości.

Kryzys tożsamości.

Sakramenty są jak wytyczona droga do celu. Można ją wykorzystać do ukształtowania tożsamości, osiągając coś bardzo ważnego. Mam prawo wybrać inną drogę, ale czy wówczas czegoś nie utracę? Na człowieka można spojrzeć z bardzo różnych perspektyw. Jesteśmy tak złożonymi istotami, że wciąż, nawet dla samych siebie pozostajemy tajemnicą. Możemy dzięki różnym perspektywom, zgłębiać płaszczyzny życia człowieka. W kościele idziemy drogą sakramentów, swoistą ścieżką życia – od urodzin: chrztu, przez pierwsze duchowe przygody – I Komunia Święta i Sakrament pojednania, przez odkrycie kim jesteśmy i po co żyjemy – Sakrament Bierzmowania, aż do bardzo głębokich decyzji – Małżeństwo lub Kapłaństwo. Towarzyszące nam trudne doświadczenia zderzają się ze szczególną łaską, płynącą z Sakramentu Namaszczenia Chorych. Docieramy do ostatniego momentu – śmierci, często otoczonego Bożym towarzyszeniem – przez udzielenie nam ważnych dla nas posług sakramentalnych. Duchowa ścieżka ma swój rytm, swoje góry i doliny, doświadczenia zdobyte poprzez współpracę z Bożą pomocą. Ten proces współpracowania, poprzez łaskę sakramentów wydaje się być bardzo logiczną całością. A jak ma się to do codziennego życia chrześcijanina?  Jak Ty traktujesz rzeczywistość sakramentów, jak je wykorzystujesz w swoim codziennym życiu? Oczywiście nie wszyscy, ale spora grupa chrześcijan, są jak łapacze promocji – wykorzystują, że coś dają i cieszą się chwile otrzymanym prezentem, a później szukają czegoś ciekawszego – praktyczniejszego i atrakcyjniejszego.  Znów zastanawia mnie kwestia, na ile świadomość konkretnego katolika, umożliwia mu właściwe wykorzystywanie daru – w postaci otrzymanego sakramentu. Inaczej sprawa się ma z sakramentami, które towarzyszą nam bardziej fizycznie w naszym życiu, jak np. Eucharystia, czy Sakrament pojednania, a inaczej ma się sprawa z tymi sakramentami, które mają nas do czegoś konkretnego uzdolnić, jak np. Chrzest, Bierzmowanie...
Niepotrzebne mury

Niepotrzebne mury

Albo nasze myśli są zbyt wysoko, albo nasze wyobrażenia zbyt idealistyczne, przez co „Schodząc na ziemię” trafiamy na mury, których żadną siłą nie jesteśmy w stanie rozbić. W świecie, w którym każdy z nas ma jakieś swoje miejsce, możemy odkrywać dwa hasła: SACRUM i PROFANUM. Te dwa pojęcia odpowiadają dwom, skrajnym rzeczywistościom. Każdy człowiek, w mniejszym lub większym stopniu ma wyczucie tych rzeczywistości. Ludzie mają w swoim życiu coś, co możemy nazwać ich świętością – jakaś wartość, stan, cel który unosi się ponad wszystkim. Ale każdy z nas, ma również określoną strefę profanum – grzeszną, a więc coś na co sobie nigdy nie pozwoli, granice, których nigdy nie przekroczy; praw, których nigdy nie złamie. Rozumienie tych pojęć ma ogromny wpływ na nasze życie codzienne, na wskazywanie również innych, nowych rzeczy jako świętych, albo w innym przypadku, jako grzesznych. Trudności pojawiają się wówczas, gdy sytuacje nie są tak przewidywalne i proste do oceny i zaczyna nam się mieszać, co faktycznie jest święte, a co grzeszne. Nagle pojawia się „skala szarości”, która utrudnia nam ocenę. Bo życie to nie tylko dwa bieguny – czarny lub biały. Same pojęcia: świętość i grzeszność, które próbujemy zdefiniować przez nasze doświadczenia życiowe, sprawiają nam niekiedy ogromny kłopot. Bo jeśli idealizujemy to, co skrywa się za pojęciem świętości to coraz trudniej będzie nam realizować samą świętość, jak i też trudnością będzie dla nas to, by do tego „zbioru pt. świętość” dołożyć cokolwiek nowego. W chrześcijaństwie pojawia się niekiedy trudność idealizowania pewnych pojęć, przez co sami wprowadzamy w nasze rozumowanie mury – bariery, które uniemożliwiają nam osiągnięcie jakiegoś stanu. Pojęcie „świętości” zostało przez niektórych chrześcijan sprowadzone do...
Czego najczęściej nie robią chrześcijanie.

Czego najczęściej nie robią chrześcijanie.

Towarzyszące chrześcijanom zwyczaje, pobożne praktyki, w różnym stopniu są przez nich realizowane. Spróbujmy sami sobie zadać pytanie: dlaczego brakuje nam sumienności w praktykowaniu wiary? Często stawiam młodym osobom pytanie: „Co znaczy być chrześcijaninem?” I od razy, jak lawina płyną odpowiedzi: „chodzić do kościoła”; „modlić się”; „pościć” itp. Nieco przewrotnie, zadaje im kolejne pytanie: „czy w takim razie ten, co nie chodzi do kościoła, nie modli się i nie pości, nie jest chrześcijaninem? Oczywiście w tym miejscu następuje ogromny sprzeciw. Często wiarę utożsamiamy z pobożnymi praktykami. Nie jest to oczywiście błędne, a jedynie ograniczone twierdzenie, które wymaga jednak ukonkretnienia. Bycie wierzącym, bycie chrześcijaninem, nie powinniśmy wiązać tylko z praktykami, aczkolwiek pojawia się w następstwie takiego myślenia brak jakiejś logiczności. Pobożne praktyki są pewnego rodzaju odzwierciedleniem naszego zaangażowania. Bo jeśli wierzę w Boga, to dlaczego miałbym nie chcieć z Nim być (np. Eucharystia); dlaczego miałbym nie chcieć z Nim rozmawiać (np. modlitwa osobista); dlaczego miałbym być niewdzięczny i nie mógłbym Mu czegoś ofiarować (np. post)? Nasze błędne myślenie i działanie, często ma jakiś swój początek. Często jest to jakiś punkt, w historii naszego życia, który wpływa na jakąś konkretną kwestię w naszym życiu. Tak też temat wiary, jeśli ma u podstaw jakieś błędy, wówczas wpływa to ogromnie na nasze wyobrażenie o Bogu, o tym jak mamy z Nim być, rozmawiać itp. Jeśli będziemy wiarę łączyli tylko z realizacją jakiś zadań, to myślę, że często pojawią się sytuacje, w których polegniemy. Przyzwyczajeni w życiu codziennym do realizacji nieustannie jakiś zadań, do takiego sposobu funkcjonowania, trudno będzie nam zrozumieć, że w relacji z Bogiem nie ma zasady: „coś za coś”. Nie możemy traktować...
Do kościoła? Po co?

Do kościoła? Po co?

Pytanie, które notorycznie pojawia się w rozmowach, na temat wiary. Jeśli ci, co faktycznie nie chodzą do kościoła, zadają to pytanie – to może to kwestia poszukiwania. A co, gdy to pytanie zadaje ten, który jest w kościele, który czuje się tym znużony? Ci, którzy nie byli jeszcze w kościele, mogą nie wiedzieć, co tak naprawdę tracą. Natomiast ci, którzy chodzą do kościoła, już taką świadomość powinni mieć, ale czy mają? Można mówić o wielu niedoskonałościach chrześcijanina, w tym też o nieświadomości. Nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie: „ilu chrześcijan ma rzeczywiście świadomość, w czym uczestniczy?” Mogę jedynie dołożyć wszelkich możliwych starań, by ukazując prawdy wiary, robić to w sposób możliwy do zrozumienia i przyjęcia. Zależy mi jednak przede wszystkim na tym, aby odkrywane prawdy, przekładać rzeczywiście na konkrety zawarte w codzienności. Jednak, to każdy z nas powinien dołożyć wszelkich starań, by zgłębić to, w czym uczestniczy, by zyskać przez to, prawdziwe doświadczenie życia. Problem w wielu osobach tkwi w tym, że ich podejście zdradza, że chodzi o realizację jakiejś tradycji, a nie o to, by w pełni PRZEŻYĆ tą sytuację. W kontekście wielu spraw, ale nade wszystko względem tematu kościoła, powinniśmy powziąć kluczowe działanie. Pierwsza rzecz, która pomaga mi zrozumieć moje miejsce w kościele, jest moja mentalność i fakt, gdzie rzeczywiście jestem. Postawa człowieka, ma ogromny wpływ na to, jak postrzegamy świat i sytuacje wokół nas. Jeśli mentalnie jestem poza kościołem, obok niego, patrzę z konkretnego dystansu, który mnie oddala, a nie zbliża, to w jaki sposób mam odnaleźć jakiekolwiek przekonanie? Jeśli nie czuję się częścią kościoła, nawet najmniejszą, wciąż patrzę z boku, spoza tego obszaru,...
Nie teoria, ale konkret – praktyka.

Nie teoria, ale konkret – praktyka.

Dopóki jako człowiek będę więcej gadał niż robił, to niczego nie osiągnę. Czy nie jest to ucieczka w teorię, by uciec przed odpowiedzialnością za brak czynów? Śmieje się niekiedy z takiego (już historycznego) stwierdzenia: „jestem za, a nawet przeciw”. Ale właśnie to sformułowanie przybiera bardzo groźną postawę, również dziś, wśród nas wierzących. Ile jest takich spraw, którym mówimy tak… oczywiście… tak trzeba robić, tak powinno być. A później? Ta cała nasza teoria znika jak kamfora. Podam prosty przykład. Czy jako człowiek zgadzasz się, że każdy z nas powinien być chroniony od poczęcia aż do naturalnej śmierci – Twoja odpowiedz? (_______________) Czy każdy człowiek ma prawo do życia? Kiedy? To dlaczego, w tak mocno rozwiniętym świecie, w XXI wieku, wciąż jesteśmy obojętni, albo nieczuli w zaangażowanie się na rzecz głodujących? Albo ilu chrześcijan poddało się aborcji, ma ochotę na eutanazję? Nie ciągnę tych tematów… bo ilu ludzi, tyle zdań. A czy chrześcijaństwo nie mówi jasno? To niestety właśnie zderzenie tych, niekiedy skrajnych, przeciwnych sobie światów, wywołuje w nas niezwykłą burzę emocji – kiedy próbujemy odpowiedzieć na pytanie, a później kiedy żyjąc, dokonujemy konkretnego wyboru. Głód dotyka bardzo wielu ludzi i nie trzeba być ani wierzącym, ani tym bardziej niewierzącym, żeby stwierdzić – że coś jednak w tym świecie jest nie tak! Skoro w XXI wieku ludzi umierają z głodu, to wydaje się, że zamiast się rozwijać, to jesteśmy coraz bardziej w pewnych kwestiach uwstecznieni. A temat życia jest mimo wszystko traktowany bardzo luźno i niestety, dużo zależy od sytuacji, które mają zbyt konkretny niekiedy wpływ. W parafii, w której obecnie posługuje, jest taki dzień, w którym oprócz mszy jest też...
Cisza

Cisza

Jaki jest element twórczy w twoim życiu? Czy jest coś, dzięki czemu zyskujesz w swoim życiu właściwe kierunki? A może potrzebujesz czasu w ciszy, by dopiero coś odkryć? Rozważałem fragment o połowie ryb, mając na myśli temat powołania, o którym miałem mówić podczas kazania na Mszy św. Łatwo się patrzy na różne sceny biblijne, z naszej perspektywy. Wydają się nam prostsze do zrealizowania, bo mamy większą wiedzę. Jest jednak czynnik wspólny, pomiędzy  nami, a współcześnie żyjącymi ludźmi, którzy słuchali słów Jezusa. Mamy chęć do życia Słowem, ale brakuje nam odwagi, aby żyć Nim w sposób konkretny i wprowadzić Słowo w czyn. Skąd się bierze taka postawa? Przypominam sobie młodego człowieka, który starał się żyć Słowem każdego dnia. Pewnego dnia, dzieliliśmy się swoimi przemyśleniami i historiami, dotyczącymi przebaczenia w naszym życiu. Dotarliśmy do wniosku – łatwo się o tym mówi, trudniej to odnieść i zrealizować wobec konkretnych sytuacji w naszym życiu. Może trudno nam niekiedy żyć konkretnie Słowem, bo mamy w sobie zbyt wiele podpowiedzi, które tak naprawdę odciągają nas od właściwego celu, zamiast przybliżać do niego. Znamy kierunek dla naszego działania, ale są w nas zbyt mocne sugestie, które sprawiają, że nie ma w nas zdecydowania, by wprowadzić w czyn konkretną postawę. Wynika z tego pewien wniosek – musimy zburzyć niepotrzebne mury sugestii. Tylko w ten sposób, oprócz kierunku, zdobędziemy przekonanie wobec wyboru, który mamy dokonać. Różne sceny biblijne stają się kolejnymi lekcjami, w których zdobywamy wiedzę, ale i też pozytywne kierunki. Możemy się kierować tymi wskazaniami, przyjmując je, jako swoje, jako swoje konkretne działanie. Możemy też dzięki nim poddać weryfikacji, postawy już przez nas realizowane. Zadaniem jakiejkolwiek refleksji...
Szansa – pozytywny kierunek

Szansa – pozytywny kierunek

Wśród wydarzeń, które mają miejsce w naszym życiu, są też takie, które możemy określić mianem: „szansa”. Co nią jest i co możemy z takimi wydarzeniami zrobić? Będę się zastanawiał nad tym w poniższym artykule. Szanse widzieć powinniśmy wszędzie, ale najłatwiej jest nam je zobaczyć w nowych wydarzeniach, które pojawiają się w naszej codzienności. Nowe sytuacje uruchamiają w nas często nowe możliwości. Ostatnio w ramach wywiadu dla TVP, otrzymałem kilka, ogólnych pytań, wokół których miał tworzyć się ten wywiad. Pytania może nie poruszały jakiś wybitnie nowych zagadnień, ale ich treść, bardziej wprowadzała nowe spojrzenie na jakieś sprawy. Pojawiło się np. pytanie: „Jak ksiądz zachęca ludzi do uczestniczenia w Eucharystii?” Szczerze? Uświadomiłem sobie, że moje działania np. „kierunek Niedziela” (rozważania fragmentu niedzielnej Ewangelii) ma taki właśnie charakter, choć wprost, na to, tak nie patrzyłem. Otworzyło to moje oczy na kwestię bardzo ważną, nad którą konkretnie powinienem się zastanowić. To nie kwestia jakiegoś kolejnego zadania, ale misja, która powinna być wykorzystywana jako szansa do wykorzystania. Uświadomienie sobie takiej, niby oczywistej sprawy – szansy, jest okazją do zbudowania konkretnego działania wokół jakiejś sprawy. Może niekiedy nieświadomie przechodzimy ponad jakimiś sprawami, a jakiś moment „wstrząsu”, uświadamia nam, że czymś powinniśmy się zająć, nad czymś konkretnym powinniśmy popracować. To, co ostatnie sytuacje mi uświadomiły, to fakt, że trzeba nie tylko w sobie samym rozpoznawać wiadomości na temat pracy, naszej osoby, zadań, których się podejmuję. Nowa sytuacja – szansa, wprowadza pewne pytania, które mogą skłonić nas do pracy nad nowymi zadaniami. Czasami, w rzeczywistości, w której żyjemy, takie pytania się w ogóle nie pojawiają, bo nie zdajemy sobie sprawy z tego, że takie kwestie istnieją, że...
CHWILA i jej kierunki.

CHWILA i jej kierunki.

Pierwszym, wyraźnym elementem naszego życia jest chwila, która może pokierować naszym życie w przeróżne strony. Czy obecny kierunek, który wybrałeś, jest efektem chwili, którą przeżywasz? Ten moment, w którym obecnie trwasz, może cię zaprowadzić do różnych spraw. Wybierając to, co obecnie robisz, w jaki sposób będziesz myśleć, sprawia, że właśnie teraz orientujesz swoją chwilę – nadajesz jej jakiś konkretny kierunek. Chwila po chwili, w ten sposób tworzy się całe nasze życie, a więc to, jaki wybiorę obecnie kierunek, sprawia, że dokonuję też wyboru wobec mojej osoby, ale również decyduję o kształcie mojego życia. Chwila nie niesie ze sobą tylko zadań. Oprócz tego, w każdej chwili naszego życia, możemy odnaleźć drogowskazy – kierunki oraz inne narzędzie, które uzdolnią nas do pełnego zrealizowania chwili obecnej. Można to zrozumieć poprzez wyjaśnienie pewnej sytuacji. Pewnie każdemu z nas, spadło coś szklanego na „ziemię”. Uderzając o „ziemię”, dość, że szkło roztarzskuje się na bardzo wiele kawałków, to jeszcze każdy kawałek podąża w zupełnie inną stronę. Dla naszej wygody, najlepiej byłoby, gdyby szkło w ogóle się nie zbiło, albo przynajmniej, aby aż tak bardzo się nie rozsypywało. W rzeczywistości jest inaczej. Chwila natomiast, podobnie, składa się z bardzo wielu części, które – każda z nich, może nas poprowadzić w zupełnie inną stronę – w zupełnie inną sytuację, przeżycie, w inne zadanie. Nie możemy sprzeciwić się temu, że tak jest. Możemy rozeznać, która część chwili jest najważniejsza i tą część właśnie, powinniśmy podjąć w naszym życiu. Chwile naszego życia, zależne są też od innych zewnętrznych, takich jak np. nasze nastawienie, chęci, pragnienia. Możemy już tutaj polegnąć i nie przeżyć chwili we właściwy sposób. Wiele czynników, które...
Zdobądź swój cel.

Zdobądź swój cel.

Czy zastanawiałeś się jak sięgnąć jakiegoś celu? Jeśli masz cel, zdajesz sobie sprawę jak bardzo potrzebujesz kierunków. Zatem podejmij działanie, by osiągnąć swój cel. Jakiś rok temu, zaproponowałem młodzieży uczestnictwo w grupie „pozytywny kierunek”, której celem było i jest, wprowadzenie więcej pozytywnego myślenia w ich życie. Projekt ten realizuje się z trudnością, bo wydaje mi się, że nie przywykliśmy do tego, aby skupiać się na tym, co pozytywne, nie myśląc o tym, co negatywne, a co nas również otacza. Nie skazuje tego projektu na niepowodzenie, raczej myślę o tym, jak go reaktywować, jak podejść do tego pomysłu w nowy, twórczy sposób, by wyciągnąć z niego, jak najwięcej owoców. Ciężko jest odciąć się od pesymizmu, ale jeśli przesadnie będziemy go pielęgnowali, postawimy niepotrzebnie akcent na te sprawy, które jeszcze bardziej będą rosły w naszych oczach, choć same w sobie, takie wielkie nie są. Jeśli choć trochę, uda nam się bardziej postawić akcent na czymś pozytywnym, to już dokona się w nas zmiana, zjawi się nowa perspektywa, dzięki której będziemy mogli odbić się od tego, co negatywne, by wznieść się w życiu na wyżyny i sięgnąć czegoś piękniejszego. Zatem potraktujmy najbliższy czas (miesiąc, tydzień, dzień – ile chcesz), jako możliwość wprowadzenia jakiś zmian w swoim życiu. Nie traktuj tego, jako wyzwania, a raczej jako próbę przemiany swojej mentalności i sposobu działania.  Od czego zatem zacząć. SPRAWDŹ SWÓJ WEWNĘTRZNY KOMPAS Wybór kierunku, zależy też od tego, co nosimy w sobie. Zależność ta wydaje się słuszna, bo trudno, by na zewnątrz działać wbrew temu, czym kierujemy się wewnątrz siebie. Stąd potrzebujemy wewnętrznego kompasu, który pomoże nam dokonać wyboru, właściwego kierunku. Warto byłoby zastanowić...